Mamy czas

Siedzę w wyciągniętej bluzie przy stole w jadalni. Odpaliłam laptopa. Nie mam koncepcji. To chwila dla mnie. Z salonu obok słyszę jak mój Pan M. oddaje się pracy zdalnej, słyszę chrapanie mojego psa, a kot biega gdzieś po domu. Patrzę w bok, przez okno widzę choinki – kołyszą się spokojnie na wietrze. Słońce nienachalnie wpada do pokoju. Jestem bezpieczna – czuję. Rozglądam się dookoła. Jakby cały czas niedowierzając w ten spokój, który mnie otacza. Czas płynie, akceptuje to. Czuję dreszcze, czuję siebie. Jestem już nie tylko Ja, ale i Ona. Moja Mała przyszła pogadać.

Podczas codziennych czynności moja Mała coraz częściej lubi wysunąć się na wierzch i potowarzyszyć mi. Jestem wdzięczna za każdą taką chwilę. Czuję, że buduję z nią coraz większą relację. Jest tu teraz, w momencie, w którym pisze ten tekst. Super uczucie.

Cieszę się, pewnie przyciągnął Cię tu ten spokój. Usiądź przy mnie, napiszemy coś razem.

 Patrzę na moją Małą i czuję jej oddech ulgi. Jest jej ostatnio lżej. Czuję, że wierzy w to, że jestem i nigdzie się nie wybieram. Coraz to śmielej odwiedza mnie zaciekawiona tym co się dzieje wokół. Nie czuję się już samotna.

Obserwujemy leniwie przez chwilę co wokół nas, nie myślimy nawet o tym co napisać, czas spokojnie płynie a my cieszymy się wzajemną obecnością. Doceniamy ten spokój, doceniamy nasze życie. Pojawia się temat, że nie zawsze było tak jak teraz. Nie zawsze było dobrze. Zaczynam czuć nostalgię. Jestem tu. Zawsze możemy szczerze pogadać. Każdy moment jest odpowiedni, powiedź mi co myślisz.

 Idąc w rozmyślania coraz bardziej przypominające medytacje – widzę pokój, ściany mają kolor ceglany. No tak myślę, słynny ceglany pokój.

 Moja Mała siedzi pod piecem kaflowym. Siadam obok niej. Mów do mnie kochanie. Jestem tu.

 Procesowałyśmy w tym pokoju wiele razy, i to już z różnych stron. Moja Mała tym razem wie, że to nie jej wina, że ma prawo krzyczeć, płakać. Nie jest tym razem wściekła, rozgoryczona, nie czuje się niekochana. Poświęcam temu dłuższą chwilę. Gdy tak siedzę i się zastanawiam, w moim WD nie narasta frustracja, że robię coś nie tak, wszystko jest tak jak ona tego chce. Olśnienie ✨ Ja już spełniam swoją rolę – jestem tam. I w tym momencie, po prostu wiem. Mam tu po prostu być. Mam ją zauważyć w tym pokoju, przyjść tam tylko dla niej. Po usłyszeniu jej wersji kochać ją tak samo jak wcześniej. Dzisiaj chce mnie tylko (i aż) po nim oprowadzić, opowiedzieć, jak ona widzi każdy z pokoi i chce bym się nie spieszyła. Oczywiście jestem gotowa.

 Obraz wyostrzył się. Widzę kolor ceglany – mój najmocniejszy trigger. Zaczynam słuchać.

 Ceglany pokój był pokojem bardzo smutnym. Był pokojem osamotnionym. Brakowało w nim spokoju. Brakowało w nim granic. Każdy mógł do niego wejść i krzyczeć. Każdy mógł wpadać do niego szarpiąc mocno za klamkę. Każdy mógł być w nim agresywny. Każdy oprócz mnie.

 Reszta pokoi była inna, jakby pod ochroną. Pokój Mamy był pokojem, w którym trzeba było się odpowiednio zachowywać, nie wolno było zawracać głowy po ciężkim dniu/tygodniu pracy, dąsać się ani mówić własnego zdania. Pokój ten był również pokojem oczekiwania na przeprosiny ze strony dziecka. Pokój ten był pokojem o najgrubszych drzwiach, najstraszniejszych. Pod tymi drzwiami cichutko stało się, zamierając ze strachu – ale wiedząc, że trzeba wejść i przeprosić. Okropna była niewiadoma. Czy przeprosiny zostaną przyjęte i trud się opłaci, czy Mamie jeszcze nie przeszło i oberwie nam się drugi raz. Te chwile niepewności były najstraszniejsze. Nie można było również zwlekać z przeprosinami, ponieważ to również wyjątkowo sytuację pogarszało.

 Był też pokój siostry. Znajdujący się najdalej od wszystkich, na samym końcu domu. Tam drzwi zawsze były zamknięte. Sama lokalizacja mówiła – nie wchodź tu. Jeśli tam wszedłeś, szybko tego pożałowałeś. Siostra nie ubierała niczego w ładne słowa, chyba że rozmawiała z Mamą, stawała się wtedy dla niej prawdziwym aniołkiem. Był to pokój odrzucenia. Pokój z uczuciem utracenia ostatniej deski ratunku.

 Dałam oprowadzić się po wybranych przez nią dzisiaj miejscach. Może następnym razem wejdziemy do pokoju brata? Taty? Babci? Bez pośpiechu. Podziękowałam mojej Małej za to, że opowiedziała mi tą najważniejszą wersję – własną. Dałam odczuć, że kocham ją cały czas tak samo mocno. Nie zostałyśmy tam. Wróciłyśmy razem do jadalni, do opiekuńczego Pana M. do psa, kota i choinek za oknem. Tu czujemy się naprawdę dobrze 💛

Nawiązując do tematu domu. Mocno odczuwałam tam brak kontroli. W domu awantury były nie do przewidzenia. Zawsze znalazł się powód, słowo bym zasłużyła na karę za swoje zachowanie. Zawsze postanawiałam sobie, że postaram się bardzo, by nie zdenerwować nikogo, że będę się pilnować. Nie udawało się. Potem już się nawet nie starałam. Wręcz prowokowałam sprzeczki, żeby mieć już to „z głowy”. Skoro miało się stać, niech stanie się prędzej niż później. Nabawiłam się nerwicy, depresji, napadów lękowych. Nastawiłam się na świat destrukcyjnie – obrywałam i oddawałam raz po raz. Kiedy jesteś traktowany źle, kiedy wkładają w Ciebie to co najgorsze – to nie dziw się jak z czasem zacznie Ci się ta trucizna przelewać. Moja Mama bardzo szybko zaczęła wykorzystywać fakt, iż zaczynam odpyskowywać. Rozwinęła prawie natychmiast spectrum kar o te fizyczne. Twierdziła, że bije usta, które mówią „bez szacunku”, kiedy biła po twarzy. Przerzucała na mnie odpowiedzialność i winę. Skrzętnie wykorzystywała moje napady gniewu, lęków – aby zrobić ze mnie „chore, złe dziecko”. Byłam piętnowana, pouczana w miejscach publicznych i przez obcych mi ludzi. Potrafiła robić mi sceny w sklepie tak rozbudowane o wstęp rozwinięcie i zakończenie – że obcy ludzie zaczynali naskakiwać na mnie – mimo, że nie wypowiedziałam przy nich żadnego słowa, ani nie byli świadkami niczego o czym moja matka opowiadała. Podczas dojrzewania cała moja krzywda, którą doświadczałam od urodzenia została „zapomniana” – stan psychiczny, w którym znajdowałam się przez codziennie powtarzające się traumy- podawano za powód depresji i twardej ręki mojej Mamy. Magicznie oprawca okrzyknął się ofiarą, która przecież tylko się broni. Tak właśnie działają toksyczne narcystyczne osoby.

 Człowiek będący w takiej sytuacji zaczyna myśleć, że tak właśnie wygląda życie, że ma to na co zasługuje. Tracimy gdzieś po drodze takie dodatkowe naturalne cechy jak ciekawość, odwagę. Nie chce nam się żyć. Zaczynamy wierzyć, że rzeczywiście jesteśmy winni tym wszystkim oskarżeniom – coraz bardziej oddalając się od siebie.

 Już tak nie myślę. Zrozumiałam, jak działa cała ta machina toksycznych relacji. Wiem, że jestem wyjątkowa, wrażliwa, mądra. Odkrywam siebie i uzdrawiam siebie.

 Bywają momenty, w których jestem wściekła za to co mnie spotkało. Że jestem wściekła na niesprawiedliwość losu, na nierówność startu w jaki wchodzimy w życie. Bywają takie momenty – i jak one przychodzą, to traktuje je z należytym szacunkiem. Mam prawo tak to czuć. Rozwalam wtedy system. Bo mogę.

 Dzisiaj akurat, jestem spokojna – wsłuchuję się w siebie, nie licząc czasu. Rozmawiam sama ze sobą. Potrafię rozmawiać o ciężkiej przeszłości również w spokoju, tak jak teraz. Patrzę wtedy na siebie/w siebie z troską. Daje sobie uwagę, tą której mocno zabrakło kiedyś. Moje wewnętrzne Ja nie zawsze procesuje poprzez okazywanie złości. Czasami przychodzi i wie, że jest bezinteresownie kochane, że nic tego nie zmieni. Po prostu przychodzi pogadać. Są to bardzo spokojne rozmowy. Jako dziecko często brakowało mi zwykłego leniwego spędzania czasu z osobami dla mnie ważnymi. Łaknęłam, żeby Mama przyszła do mnie, usiadła się i po prostu ze mną pogadała. Takie momenty były niestety bardzo rzadkie i kończyły się szybciej niż wczucie się w jakikolwiek temat. To właśnie robię dzisiaj dla siebie. Interesuje się, słucham, nie oceniam. Jestem i kocham.

 Jako osoba początkująca mam radę dla tych którzy zaczynają procesować.

Bądźcie dla siebie wrażliwi. Każdy jest indywidualny, wyjątkowy. Swojego dzisiejszego procesowania nie odnalazłabym w żadnej książce o pracy z wewnętrznym dzieckiem. Odnalazłam za to, że pracując z nimi nie powinniśmy się w żaden sposób ograniczać. Nie warto napalać się dziko na idealne odwzorowywanie listów, ćwiczeń, procesowań innych osób z książek czy YT. Na początku wchodziłam pospiesznie w sytuację z WD, nie czując dokładnie o co chodzi niczym filmowy bohater wpadałam tam, brałam moje WD na ręce, deptałam wrogów i wybiegałam z nią z płonącego budynku. Nie czułam się po tym lepiej. Nie o to chodziło. Wiecie czego zabrakło? Zabrakło w tym wszystkim JEJ. Za bardzo skupiłam się na tym jak JA powinnam zareagować, skupiłam się na postaci z TERAŹNIEJSZOŚCI. Skupiałam się na SOBIE – jak wszyscy samolubni dorośli których spotykałam jako dziecko. Nie pamiętałam po procesowaniu jaką moja Mała ma minę lub co czuła, gdy biorę ją na ręce. Nie dałam jej czasu by powiedziała lub okazała mi to czego potrzebuje. I to moi drodzy jest poważna pułapka procesowania. Tego nie robimy. To co robimy to siadamy wygodnie, relaksujemy się, zerujemy wszystkie schematy w naszej głowie i następnie OTWIERAMY się bezwzględnie i bez dyskusji na WSZYSTKO to co do nas przychodzi.

 Najważniejsze jest, żebyście zrobili to po swojemu – poczuli to, poczuli czego chce to dziecko i dali mu to najpiękniej jak potraficie. To Was uzdrowi.

🌿🌿🌿

🙌

%d blogerów lubi to: