Krok po kroku

Mam blokadę. Blokuje się, i nie mogę się przebić.

Blokuje mnie myśl, że muszę. Ta myśl wywołuje we mnie niebotyczny opór. Jestem cała na NIE. Boje się, że nie sprostam oczekiwaniom, które nawet nie są zdefiniowane. Boje się, że nie zrobię czegoś odpowiednio, mimo że nie wiem co to miałoby być. Ewidentnie odzywa się jakaś stara emocja, jakaś stara sytuacja ponieważ wokół nic złego się nie dzieje. Ale… nie od razu było to dla mnie oczywiste. Najpierw poczułam, że świat się wali – i o tym dzisiejszy post.

Ja już wiem, że dzisiejszą blokadę potrzebuję wyzwolić, przeprocesować – dojść do jej sedna. Poczułam radość w momencie odzyskania kontroli nad swoją dzisiejszą sytuacją. I w tej radości naszła mnie pewna myśl. Myśl, że może być to przydatne dla kogoś kto jest na początku swojej drogi, myśl że mógłby cieszyć się równie mocno jak ja dzisiaj. Dlatego opowiem Wam na moim dzisiejszym przykładzie – jak te zblokowane emocje potrafią niepostrzeżenie wlepić się w teraźniejszość i jak łatwo nie zauważyć że ich źródło leży w przeszłości. Mam nadzieję, że komuś to pomoże. Zacznę od początku.

Jak już napisałam na samej górze – poczułam blokadę. Blokadę bardzo mi znaną – tak mocną, że wcześniej w takie dni schowałabym się przed światem głęboko pod kołdrę. Wcześniej całymi dniami męczyłam się z nią, czekałam z chwili na chwilę nie wiadomo na co – nie mając ani jednego błysku w oku. Dzisiejszego dnia odezwały się stare przyzwyczajenia, zaczęłam się tłamsić, wpadłam w samokrytykę. Zaczęłam myśleć, że po tej całej pracy z WD, którą już wykonałam, mając całą tą wiedzę – nie powinnam czuć się źle, zaczęłam myśleć że jestem słaba, że robię coś nie tak, że powinny być efekty. Myślałam sobie, że pisząc wczoraj o procesowaniu, stawianiu siebie na 1 miejscu i tego cudownych skutkach – dzisiaj nie powinnam być smutna, że jestem niewiarygodna. Zaczęłam nakładać na siebie presje, że powinnam być po wczorajszym procesowaniu dzisiaj szczęśliwa – przekreślając wczorajszy sukces i przekształcając go na dzisiejsze piętno. Wtedy się zorientowałam. Spojrzałam na swój wczorajszy post i zobaczyłam. Zobaczyłam, że nie pisałam w nim nic co zabraniałoby mi dzisiaj czuć smutek czy lęk. Wręcz przeciwnie, dawałam jasny przekaz o tym – że mamy prawo czuć wszystko, w każdej sytuacji, w każdym momencie, ponieważ jest to naturalne i potrzebne. Pisałam o pełnym uznaniu każdej emocji, która nas odwiedza. Pisałam o uzdrowieniu, które się przez to spełnia. I nie, nie jest to jedno wielkie uzdrowienie, które nastąpi w momencie X. Pisałam o sukcesywnym uwalnianiu tych emocji, krok po kroku. Kiedy zaczęłam słyszeć w głowie wszystkie te przykrości – nie pamiętałam o tym, zaślepiał mnie smutek i zaczęłam się blokować coraz bardziej i bardziej. Ale zatrzymałam się, dałam sobie szansę. Poświęciłam czas by wysłuchać tych oskarżeń, i stając w swojej obronie zapytałam ten wredny głosik w głowie „Hmm czyżby napewno? zobaczmy…”.

Chwilę później już wiedziałam , że nie wpadnę w pułapkę magicznego myślenia o swoich postępach. Nie będę kreować w swojej głowie „idealnego” przebiegu swojej drogi, by potem stresować się czy za nią nadążam. Poddając zwątpieniu te słowa krytyki – one już straciły na mocy. Potem porozdzielałam je na części – tak jest łatwiej, wszystkie na raz potrafią przygnieść – w pojedynkę nie są już takie mocne. Potem jedną po drugiej rozpracowywałam. Takie toksyczne łańcuchy myślowe odtwarzamy na okrągło, podświadomie odciągając sobie uwagę od prawdziwych emocji. Trzeba być tego świadomym i to wychwytywać. Wczoraj pisałam o stawianiu siebie na pierwszym miejscu – bez wyjątków. Całym sercem wierzę, w to co pisałam. Czy to w kontekście pracy zawodowej, czy jak dzisiaj w kontekście presji osiągania lepszych, szybszych wyników w terapii. Mój dzisiejszy stan nie przekreśla mojego wczorajszego sukcesu. Każda emocja jest indywidualna – nie uleczę się z nich wszystkich na raz. Patrząc na to logicznie, oceniając skalę moich traum oraz długość ich trwania – wygląda to mniej więcej tak : Mam 28 lat – od 4 miesięcy aktywnie uzdrawiam się. Robiąc matematykę to blisko 99% dotychczasowego życia przebywałam w środowisku skrajnie toksycznym lub biernie odczuwałam jego skutki. Nie jest możliwe, żebym tak szybko ozdrowiała, nie jest możliwe że dotychczas przepracowałam choćby połowę tego co we mnie siedzi. To jest długi proces. Proces złożony ponieważ ta praca nad sobą nie polega tylko na zrozumieniu, nie polega na wiedzy, nie polega na teoretyzowaniu. Trzeba tą wiedzę wykorzystać.

Na przestrzeni lat zaniedbaliśmy kontakt z samym sobą. Nie odczuwaliśmy swoich emocji na bieżąco, nie mogliśmy pozwolić sobie na szczere reakcje. To wszystko jest w nas zamrożone, i sama świadomość tego – nie wystarczy by się uleczyć. Praca z wewnętrznym dzieckiem polega na aktywnym zauważaniu, odczytywaniu, akceptowaniu tych dawnych emocji, tych które pojawiają się nam dzisiaj. Trzeba działać. Trzeba to realnie przeżywać. Poczuć ten strach, wściekłość, żal. Trzeba świadomie skoncentrować się na źródle naszego niepokoju i wejść tam. Wejść, uznać, poczuć, zareagować adekwatnie do potrzeb tego dziecka, ukochać je. Pisanie, czytanie o tym – nie wystarczy. To ułatwia sprawę, ale nie załatwia jej w całości. Zdążyłam już dzięki pracy z WD (na którą składało się przede wszystkim: procesowanie, pisanie listów i czytanie ich zaufanej osobie, medytacja, stawianie zdrowych granic) – odczuć kilka bardzo drogocennych dla mnie rzeczy, bardzo prostych – ale wcześniej kompletnie dla mnie nieuchwytnych. Taką jakby marchewkę, dzięki której wiem – że to dobra droga. Odczułam np. jak to jest mieć spokojną głowę przez cały dzień. Odczułam jak to jest mieć spokojną, przyjemną niedzielę – przerywając schemat lęku trwający od podstawówki! Odczułam jak to jest czuć się dobrze w swoim towarzystwie. Odczułam jak to jest mieć lekkość w klatce piersiowej – której, o Jezu nie przesadzę gdy powiem, że nigdy wcześniej lekkiej nie miałam. Odczułam, że może rozpierać mnie energia przez parę dni z rzędu, że mogą mrowieć mi palce z ekscytacji i że uśmiech potrafi utrzymywać się na twarzy tak długo, że aż bolą Cię policzki.

Dlatego moi kochani. Nie wpadam dzisiaj w pułapkę. Nie rzucam w siebie pierwsza kamieniem. Codziennie, w każdej sytuacji – chociażby nie wiem jak niewygodnej – pozwalam sobie na odczuwanie tego co żywe we mnie. Jeżeli 2,3,4 miesiące z rzędu będzie wylewać się ze mnie strach, złość czy smutek – potraktuje to jako błogosławieństwo, możliwość oczyszczenia – nigdy więcej jako ciężar czy wstyd. Kończę ten łańcuch toksycznego wstydu, tej toksycznej wiadomości pt.: musisz być „JAKAŚ” żeby być w porządku. Nic nie muszę. Jestem zajebista. Odkrywam to co chcę i to co czuję – jedynie to się liczy.

Wiem, że WARTO!

I tego również Wam życzę 🙏

%d blogerów lubi to: