Uczuciowa ubikacja

Zauważyłam że praktycznie każda napotkana osoba interesowała się rozmową ze mną , w momencie gdy mówiły o sobie, bądź gdy ja mówiłam o nich.

Z biegiem czasu chcąc zjednać sobie ludzi uznałam, że tak to już działa. Pamiętam jak moja własna matka po poświęcaniu mi dosłownie minuty uwagi kwitowała – no dobra, teraz powiedz „jak wyglądam w tym nowym blondzie?” – po czym musiałam przez bardzo długi czas poświęcać jej uwagę, chwaląc jej urodę, oddając swoją minutę z nawiązką.  Gdy tego nie robiłam – złościła się. Nie jest to rzecz powszechnie zauważana. Ale w momencie kiedy nikt się Tobą realnie nie interesuje, kiedy gromadzą się w Tobie niewypowiedziane myśli i zaczynają uwierać – to zaczynasz się zastanawiać dlaczego tak jest i próbujesz dopasować się tak aby znaleźć rozwiązanie. Zauważasz, że inni przychodzą do Ciebie wygadać się, a gdy Ty zaczynasz swój temat ich energia od razu zmienia się na obojętną. Dziwisz się, eksperymentujesz i próbujesz ich sposobu. W momencie, w którym zaczynasz odpłacać im tym samym słyszysz „jesteś nie miła”, „zmieniłaś się na gorsze”, „myślisz tylko o sobie”. Jesteś w rozterce. W wyniku zmiany nastawienia, postawienia granic – często efekt jest taki, że zostajemy sami. Potem nie czujemy się ze sobą dobrze – bo nie lubimy siebie – i tak w kółko. Ja w swoim życiu często próbowałam postawić na siebie. Jednak gdy inni nie mogąc ode mnie więcej brać – odchodzili, wytrzymywałam góra tydzień – później zaczynałam panikować. Nie byłam na to gotowa, nie rozumiałam istoty swojej sytuacji, powątpiewałam w swoją słuszność, nie żyłam ze sobą w zgodzie. Zostając sama ze sobą nie było lepiej, ponieważ ja również nie traktowałam siebie dobrze. Zawsze wracałam do starego układu. Nie było to trudne. Osoby wokół mnie nie miały lepszej kandydatki, która skupiłaby się na nich bez żadnego rozpraszania. Jestem osobą wrażliwą, empatyczną, od zawsze było we mnie kojące światło. Dzięki temu potrafiłam podnieść na duchu najbardziej złamane dusze. Potrafiłam zauważyć że coś jest u nich nie tak – patrząc wyłącznie po ich oczach. Potrafiłam bezbłędnie zauważyć sedno ich problemów, szybko przed nimi – dając im brakujące elementy układanki, dając im ukojenie. Nie robiłam tego fałszywie, czy od niechcenia. Byłam szczera i szczerze chciałam im pomóc. Za swojego „przyjaciela” dałabym się pokroić. Dawałam im to co prosto z serca uważałam, że przyjaciel powinien dawać. Nie znałam żadnego dobrego przykładu, działałam wg intuicji – widziałam, że działało więc kontynuowałam to – gołym okiem było widać jak moi „przyjaciele” wzrastają na moich barkach. Miałam w życiu dwie „przyjaźnie” , w które bardzo się zaangażowałam i z których ostatecznie się uwolniłam.  Jedna zakończyła się stosunkowo niedawno, była ona również najbardziej toksyczna – ale zachowując chronologię zacznę od tej pierwszej. 
Swoją pierwszą iluzoryczną przyjaźń rozpoczęłam w gimnazjum. Poznałam wtedy dziewczynę, z innej szkoły, która była moim wampirem energetycznym przez kolejnych parę lat. Sytuacja tutaj wyglądała tak, że ta dziewczyna nie miała znajomych. Jej szkoła odrzuciła ją z powodu wyglądu, była bardzo wysoka i krzykliwie się ubierała, dziewczyna miała też ciężką pod względem emocjonalnym sytuację w domu. Ojciec i matka mieli kochanków i nie kryli się z tym, matka od dzieciństwa wciągała ją w oczerniające opowieści o ojcu również te o ich nieudanym współżyciu. Ja temat znałam, mi nie wadził jej wygląd – sama też miałam duże kompleksy. Bardzo jej współczułam i uznałam, że to może być początek naprawdę fajnej przyjaźni opierającej się na zrozumieniu. Tak się nie stało. Dzięki naszym rozmowom, dzięki mojemu wsparciu, które jej okazałam – dziewczyna zyskała bardzo na pewności siebie. Gdy zapewniałam ją, że jest piękna taka jaka jest – ona nie odpowiadała tym samym. Gdy mówiłam, że jej oprawcy nie mają racji i jest wspaniałą osobą – nigdy nie odpowiedziała niczym podobnym. Nie traktowała mnie analogicznie podczas moich smutków i zwierzeń, ciągle tylko brała. Było tego wiele. Nocne telefony pełne płaczu – godziny pocieszania. Na moje telefony nigdy nie było czasu. Chodzenie po bulwarach, gadanie godzinami – tylko o niej i jej problemach. Gdy zaczęłam chodzić na pierwsze imprezy z nią, prawie zawsze upijała się do nieprzytomności już w pierwszych godzinach, zaczynała płakać wołać, żalić się na swoje życie i musiałam się nią zajmować. Robiłam to bez żadnego „ale”, ponieważ tak robią przyjaciele, byłam wtedy złudnie pewna że ona zrobiłaby to samo dla mnie.  Nie było ważne, że są to moje urodziny, nie było ważne, że jestem po rozstaniu z chłopakiem. Zawsze musiała grać pierwsze skrzypce. Była wtedy już bardzo pewna siebie. Szykując się u mnie na imprezę wielbiła się wręcz w lustrze, ciągle prosiła aby komentować jak w czym dobrze wygląda, nigdy nie odwdzięczała się tym samym. Kiedyś kupiłam sobie piękną sukienkę i udało mi się naprawdę ładnie upiąć sobie włosy, ona bez żadnego skrępowania skwasiła minę i stwierdziła wtedy „o nie! Wyglądasz lepiej ode mnie!” i realnie nie poszła na tamtą zabawę , załamując się że jest brzydka i prosząc ją o to bym z nią została. Zostałam. Ale to było jak policzek. Nie wiedziałam, że rywalizujemy??. Albo że w jej opinii zazwyczaj wyglądam gorzej…?? Myślę, że opowiadając pewną historię najlepiej zobrazuję i podsumuję całą tą znajomość. Pamiętam, jak pewnego razu na imprezie z nią i jej nowo poznanymi koleżankami po napiciu się drinka poczułam się bardzo słabo. Zaczęło kręcić mi się w głowie. Zauważyłam prawie od razu, że pewien bardzo dziwny mężczyzna stoi pod ścianą na przeciwko z szeroko otwartymi oczami – i fanatycznie mi się przygląda. Zorientowałam się, że dosypał mi coś do drinka. Szybko podbiegłam przerażona do mojej przyjaciółki wiedziałam, że nie mam wiele czasu zanim odpadnę bo bardzo kręciło mi się w głowie – zdążyłam powiedzieć „ Szybko! Pomóż mi ! Źle się czuję, coś jest nie tak! Miałam coś w drinku! Nie zostawiaj mnie na krok! Zaraz zemdleję! . Ona przekręciła tylko oczami i nie przestając tańczyć powiedziała : jezu nie wymyślaj, źle się czujesz to idź zwymiotuj albo idź do domu – nie po to jechałam tutaj tyle autobusem, żeby się Tobą teraz zajmować, ja też chce mieć trochę zabawy! – wryło mnie, poczułam jak grunt usuwa mi się spod nóg. Na szczęście w tym samym momencie pojawił się mój bardzo dobry kolega, który słysząc to wszystko zaopiekował się mną, przeczekał ze mną całkowite odrętwienie ciała, które trwało przez ok. 2 h cały czas pilnując mnie, zwołując dwie pozostałe koleżanki – cały czas w trakcie paraliżu miałam pełną świadomość – i widziałam że moja „przyjaciółka” mimo, że mój kolega powiedział jej co się stało i wołał ją nie raz, nie podeszła ani razu i cały czas bawiła się na parkiecie. Był to jeden z największych noży jakie ktoś wbił mi w plecy. Wtedy cała prawda o niej dotarła do mojej świadomości. Wiedziałam, że to koniec i więcej nie dam się wykorzystać. Gdy odrętwienie minęło mój kolega przerwał jako jedyny zabawę, zawiózł mnie taksówką do domu, odprowadził pod drzwi. Dodam, jako jedyny. Leżąc w łóżku, dochodząc do siebie dostałam smsa. Sms wysłała moja „przyjaciółka” i zawierał w sobie : pretensje, że miała przecież u mnie nocować i przez moje wymysły musi wracać nocnym do siebie. Pisała, że jak już mi było potem lepiej to mogłam poczekać na nią w klubie aż impreza się skończy a nie wychodzić w trakcie najlepszej zabawy. Dodała : Ale z Ciebie przyjaciółka.  Zostawię tutaj pauzę. 🙂
Rano napisałam do niej wiadomość. Coś co dzisiaj przypomina brudny list. Oddałam jej z powrotem ten cały szlam, który wlewała we mnie przez lata. Byłam z siebie zadowolona. Niestety, w odwecie ta dziewczyna potrudziła się na tyle – by spotkać się z dziewczynami z mojej nowej I klasy z liceum, z którymi ją poznałam tydzień wcześniej – bardzo fajnymi, wczesnymi znajomościami – by podzielić się z nimi jej wersją historii – moimi największymi sekretami, i obrócić je przeciwko mnie. Uwierzyły. Spadając w otchłań mojego zapomnienia zdążyła zadać mi ostatni cios. Udało jej się. Przez I rok z nikim nie nawiązałam głębszej relacji. Chodziłam do szkoły, nie chciałam by powtórzył się scenariusz z gimnazjum. Jednak nie miałam zapału do nauki, bez uczenia wyciągałam trójki z tego co wpoiłam na lekcjach. Nie miałam ambicji, nie zależało mi, w domu sytuacja nadal była okropna. Czułam się bardzo samotna.


Skończył się I rok liceum. Średnia 3,8. Wakacje minęły na siedzeniu w pokoju. Nastało rozpoczęcie roku, rozpoczęcie II klasy liceum. Oprócz wszystkich znajomych mi twarzy pod klasą stała jedna nowa. Stała dziewczyna bardzo naburmuszona, mówiąca całą sobą „nie chce tu być”. Jej energia od razu mnie przyciągnęła – teraz wiem, że tak to działa – wcześniej myślałam, że to przeznaczenie i na pewno będziemy cudownymi przyjaciółkami. Sytuacja jednak nie rozwinęła się zgodnie z moimi założeniami, i sprawy miały potoczyć się zupełnie inaczej… Nazwijmy ją X.

X nie dostała promocji do III klasy liceum, dlatego trafiła do naszej II klasy. Brak promocji wynikał z uzależnienia od narkotyków. Odwyk na który X się wybrała przyniósł efekty ale i tak nie udało się nadrobić zaległości w szkole. Od pierwszego momentu poznałam X ze strony bardzo buntowniczej. Jednak od zawsze miałam umiejętność pozwalającą na dojrzenie głębiej, dojrzenie człowieka poza taką postawą (pewnie dlatego, że sama miałam podobną). Niedługo musiałam czekać, aż symboliczne okazywanie troski w postaci podzielenia się batonikiem, papierosem czy zwykłe pozwolenie na odpisanie zadania domowego objawiły się skruszeniem tego lodu, którym X się okrywała. Zaraz po tym dowiedziałam się od niej w jednej z rozmów, że została jako dziecko oddana przez Matkę i Ojca do wychowania do dziadków – ponieważ robili karierę, bawili się i nie chcieli takiego obowiązku. Rozumiałam ją, wiedziałam jakie cierpienie wywołuje odrzucenie przez rodziców. Myślałam sobie, skoro ja chciałam się wcześniej kilkukrotnie targnąć na swoje życie – to czemu mam oceniać ją po tym, że okazała się nawet silniejsza i chciała chociaż na chwilę biorąc narkotyk przestać czuć. A więc szczerze nie oceniałam jej, byłam dla niej. Czy ona była dla mnie? Jeśli tak to cały ten czas czułam, że nie za darmo. X potrafiła zjawić się i pocieszyć. X potrafiła racjonalnie ocenić sytuację. Potrafiła doradzić. Niestety X. była też mocno autodestrukcyjna. Level jej rany odrzucenia przewyższał mój. Nie byłam w stanie jej pomóc. Miała w sobie bardzo dużo agresji. Często wymuszała na mnie w złości bym rzuciła wszystko i przyszła do niej, pocieszyć ją. Próbowała rozkazywać mi i wypominać każdy jeden moment w którym rozmawiałyśmy o moich sprawach i ukazać to jako zobowiązanie że teraz ja mam pomóc jej. No właśnie. X potrafiła też przepraszać, była bardzo elastyczna. Grała na moich emocjach jak nikt inny. Manipulowała mną tak, że dała mi coś czego pragnęłam a potem brała dwa razy więcej. Bardzo późno zorientowałam się, że jestem znowu wykorzystywana. X nie robiła niczego w czym by nie miała interesu, podświadomie wiedziałam że w każdej wizycie musi dostać coś tylko dla siebie, nawet gdy ja byłam w kompletnej rozsypce – w ostateczności mówiła „że jestem jej dłużniczką”. Zupełnie tak jakby „przedsiębiorczość” weszła w każdą sferę jej życia, miałam odczucie że panicznie boi się że zostanie z niczym i nikt jej nie pomoże. Zauważałam jej zachłanność, chciwość już wtedy. Było mi jej bardzo żal, wierzyłam że gdy dostanie dużo bezwarunkowego wsparcia i życzliwości ode mnie – minie jej to. 
Niestety, na takim układzie ciągnęło się to do studiów. Ja zaczęłam studiować Finanse, ona pedagogiczny kierunek. Po drodze X wplątywała się w bardzo toksyczne związki. Nie mówię, że nie – ja sama mam taki za sobą. Tyle, że X nie wyciągała wniosków powtarzając na nowo te same błędy. Wybierała patologicznych partnerów, którzy ją ranili pod każdym względem. Nie słuchała moich rad a jednocześnie błagała o nie co chwilę. Nie mogłam do niej dotrzeć. W momentach kiedy było w jej związku „lepiej” mówiła „To moje życie i moje wybory” – po chwili wracała poobijana emocjonalnie i cała zapłakana. Schemat powtarzał się bez końca. Bardzo bolało mnie, jak wypominała że nie mam uważać się za lepszą, przypominając mi mój bolesny toksyczny związek. Zamykała mi tym argumentem wtedy usta, blokada nachodziła mnie i nie puszczała długie godziny. Bardzo bolało mnie to ponieważ wiedziała jak to wyglądało. Wiedziała dokładnie, że ten związek był dla mnie piekłem. Nie, nie takim które ona miała ze swoimi dotychczasowymi facetami – nie było czego porównywać. To nie były zwykłe kłótnie czy wyzwiska pod blokiem co miesiąc z innym chłopakiem tak jak w jej przypadku. To było dobrze przemyślane, długoletnie, pastwienie się nade mną. Ten chłopak ostatecznie, gdy inne szantaże emocjonalne już nie działały – na moich oczach rzucił się pod samochód – łamiąc moje ówczesne życie i usidlając mnie na kolejny rok opieki nad nim do której zmusiła mnie moja Matka. Jestem wściekła gdy przypomnę sobie, że używała tego argumentu wiedząc jak bolesne jest to dla mnie, tylko dlatego by wytłumaczyć wybór kolejnego Seby z pod bloku.  Dzisiaj wiem jaka między nami była wtedy różnica. Ja taki toksyczny związek miałam jeden – wyciągnęłam z niego wnioski. Ja aktywnie nad sobą już wtedy pracowałam, ponieważ do zerwania z tym chłopakiem przygotowywałam się razem z psychologiem. Kompletnie sama, bez wiedzy nikogo, wbrew wszystkim bez żadnego wsparcia walczyłam o siebie i chodziłam do tego psychologa, i on pomógł mi stanąć na nogi. Potem powolutku, powolutku małymi krokami doszłam tu gdzie jestem teraz. X niestety nie przerwała nigdy swojego łańcucha, mimo wielu wizyt z nią u psychologa, terapeuty, psychiatry – nie mogłam jej pomóc, po prostu byłam przy niej patrząc jak niszczy sobie życie. Gdy odbierałyśmy dyplom Licencjata, ja już byłam z moim ukochanym Panem M., którego X. z resztą bardzo mi odradzała z uwagi na jego drobną niepełnosprawność w jednej nodze, którą inaczej stawia. Jakże nieistotne to było dla mnie wtedy i jak kompletnie nie ma dla mnie to do dzisiaj żadnego znaczenia. Wręcz przeciwnie, mój partner pokonując w swoim życiu tyle przeszkód, osiągając tak wiele ciężką pracą – codziennie inspiruje mnie na nowo. Pokazuje mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Mogłabym napisać o nim całą książkę. Ale powiem jedno. Bardzo go kocham!. Wracając do X. w tamtym momencie, kiedy odebrała licencjat – poznała mężczyznę. Ucieszyłam się ponieważ wydawał się on inteligentny, ciepły, delikatny. Wydawał się w niej bardzo zakochany. Pomyślałam sobie – cudownie! W końcu jej się ułoży! Tak bardzo zasługuje na to by w końcu być szczęśliwą. X. nie zastanawiała się długo. Wyjechała po miesiącu od dnia poznania, do niego do domu za granicę. Nie byłam tym zachwycona. Szczególnie, że o wyjeździe powiedziała mi dzień wcześniej. Przez tamten miesiąc bardzo mało się do mnie odzywała, miałam złamane serce. Pewnie tak jak podejrzewałam już wcześniej – nasza relacja opierała się z jej strony na „braniu” – także skoro ktoś inny zaczął jej dawać, nie potrzebowała mnie już. O wyjeździe do innego Państwa do niego, powiedziała mi przez telefon. Nie spotkała się ze mną przed, nie przyszła ani nie pozwoliła przyjść się pożegnać – ponieważ „była zajęta pakowaniem”. Była dla mnie wtedy jak siostra, bardzo to przeżyłam. Po wyjeździe, nie odzywała się wiele. Jej partner podczas nielicznych rozmów na wideo był dla mnie bardzo oschły, zupełnie inny niż na początku. Pomyślałam, najważniejsze że jest szczęśliwa. Wspomniałam jednak, że mam pewną umiejętność. Potrafię po oczach dojrzeć czyiś smutek. Szczególnie jeżeli łączyła mnie z tą osobą pewna więź. Może się ona wtedy uśmiechać ile chce, mnie nie oszuka. Na wstawianych przez nią zdjęciach i w trakcie rozmów widziałam te smutne oczy. Widziałam, próbowałam rozmawiać. Twierdziła, że wszystko jest super że przesadzam, wymyślam. Kontakt między nami zaczął być bardzo słaby, zauważyłam, że bez jej problemów, o których mówić ewidentnie nie chciała – żaden inny temat się z nią nie kleił. Ona nie chciała rozmawiać o moich sprawach. Ostatecznie na 3 lata przestała się odzywać. Ja w tym czasie obroniłam magisterkę i wyprowadziłam ze znienawidzonego opuszczonego pokoju po babci do którego za młodu zostałam wygnana, do innego miasta – do mojego M. – dostałam dobrą pracę, zaczynałam nowe życie, wszystko dzięki swojej ciężkiej pracy. Pewnego dnia X. wysłała mi wiadomość. – „Hej jestem w mieście, bardzo żałuje że zerwał się nam kontakt. Zawsze byłaś i będziesz moją najlepszą przyjaciółką. Odezwij się proszę”. Serce mi stanęło, łzy poleciały – odzyskałam siostrę – pomyślałam.  Oczywiście zaprosiłam ją do siebie. Usłyszałam : „Wniosłam sprawę o rozwód”, „Znęcał się nade mną psychicznie i fizycznie od samego początku”, „Zmuszał do kradzieży”, „Potrafił napluć mi w twarz”, „Zdradzał mnie” i mnóstwo innych… Złapałam głęboki oddech aby to wszystko przetrawić. „Dobrze że odeszłaś – wszystko będzie dobrze” – powiedziałam jej, i jak zwykłam nie oceniać tak zrobiłam, przyjmując ją z otwartymi ramionami. Przez kolejne tygodnie zaniedbując siebie i M. poświęcałam jej cały swój czas, starając się postawić ją na nogi. …Parę dni później usłyszałam : „To moje życie i moje wybory. Najwyżej sama będę cierpieć, jadę walczyć o swój związek – na razie”. Słynny schemat. Problem w tym, że nie tylko ona cierpiała. Ja cierpiałam razem z nią, martwiąc się o nią – a ona nadal tego nie zauważała. Zraniła mnie znowu. Za jakiś czas znowu wróciła z coraz bardziej traumatycznymi przeżyciami i schemat powtarzał się. Rozmowy trwały dniami i nocami, nie zliczę ile łez wylałyśmy razem, ile wina z nią wypiłam i ile papierosów spaliłam przy próbie pomocy odzyskiwania jej wiary w siebie. Pewnego razu gdy X. wypiła o jeden kieliszek za dużo zwróciła się do mnie i patrząc mi prosto w oczy powiedziała z rozbawieniem : „Wiesz co jest w Tobie najlepsze?” bardzo zaciekawiłam się co ponieważ nie zwykła mnie chwalić…po chwili dokończyła : „..to, że zawsze można Ci było nasrać na głowę a Ty nic nie powiedziałaś”.
Nie umiem opisać nawet tego jak się wtedy poczułam. To co powiedziała podsumowało wszystko, podsumowało jak mnie widzi, za kogo mnie ma, czego tu szuka. Ona nie zauważyła nawet, że powiedziała coś nie tak, miała świetny humor. Nie zauważyła nawet, że w moich oczach, w tamtym momencie ta znajomość umarła.

Następnego dnia wyjechała do siebie, a parę dni później oznajmiła, że jedzie do niego z powrotem. Nie powstrzymywałam jej, oznajmiłam tylko że był to ostatni raz kiedy traciłam na to energię i żeby więcej do mnie nie dzwoniła, nie przyjeżdzała. Odpowiedziała, że jako przyjaciółka powinnam zaakceptować ją w całości i to, że do niego wyjeżdża. Nie było sensu rozmawiać. Rozłączyłam się. Od tej pory czuję dużą ulgę, a było to stosunkowo niedawno bo pół roku temu.
Opisane wyżej znajomości ukazały mi czym na pewno NIE JEST przyjaźń. Nauczyły mnie, że nie chce być dostępna dla wszystkich wokół,  tylko dlatego, że pojawiają się oni w moim otoczeniu. Nie chcę robić ze swojego wnętrza publicznej ubikacji – tak jak dosadnie uświadomiła mi to Pani X.  Nabywając wiedzę z odpowiednich źródeł wiem, że gdy nie lubiłam siebie i traktowałam siebie źle – to przyciągałam takie same osoby i takie samo traktowanie z zewnątrz. Tym bardziej jestem wdzięczna wszechświatowi za Pana M.💓! Dzisiaj kocham siebie wewnątrz i na zewnątrz. Pielęgnuję to w sobie na co dzień i na to poświęcam swoją energię. Już teraz, po tak niedługiej stosunkowo drodze odczuwam dużą poprawę jakości mojego życia. Sama dla siebie jestem najlepszą przyjaciółką. Nie dlatego, ze wokół nie ma kandydatek/kandydatów. Znam wiele sympatycznych osób z którymi mogę się pośmiać, pogadać, współpracować. Mam jednak granice. Te granice dopasowuje odpowiednio do różnych osób bazując na mojej intuicji. Jeżeli jest coś nie tak, wyczuwam to, ufam temu. Odczytując swoje emocje na bieżąco, zrobiłam miejsce dla energii a ona sprawiła, że wyczuliły się moje zmysły. Mam zamiar doskonalić tą umiejętność. Szanuję siebie i dbam o swoją harmonię. Skupiam się na swoim wewnętrznym świetle, skupiam się na sobie, na samorozwoju, na oczyszczaniu. I wcale się nie boję bo…..

…..Żyjąc ze sobą w zgodzie – nigdy nie jestem sama  
💓
🙏🙏🙏
%d blogerów lubi to: