Niewidzialna słomka

Zwykły dzień w domu. Wolne mam cały tydzień. Siedzę sama, ponieważ Pan M. w tygodniu pracuje w innym mieście. Gdy nie pracuję zawodowo to odczuwam poczucie winy. Wiem skąd ono pochodzi. O źródle nie czuję jeszcze pisać, napiszę za to jak wyglądał mój ostatni proces nawiązywania ze sobą więzi i co on ma wspólnego ze słomką.


Zwykły dzień w domu, a ja od samego początku, odkąd w nim jestem – jak zwykle wpadam w blokadę. Nie potrafię udzielać się na grupie na Facebooku, nie mam ochoty pisać, procesować, na widok książki o samorozwoju aż mnie wzdryga. W poniedziałek nawet poszłam do pracy na 8h, mimo że miałam wolne. Byle nie myśleć. Od wtorku nie mogłam już tego zrobić, więc głównie leniuchowałam. Nie miałam siły na nic innego. Czułam się przygnieciona. I hej ok, to nie jest dramat. Oczywiście, ładniej byłoby pisać, że codziennie procesowałam, ćwiczyłam na bieżni, czytałam odpowiednie książki. Nie robiłam tego i nie jest mi z tego powodu źle, z biegiem pisania tekstu wytłumaczę dlaczego. Od samego początku mojej drogi nie czuję przechodzić przemiany spektakularnej, robić tego szybciej bądź na pokaz. Przez te parę ostatnich dni nawiedziło mnie sporo – wcześniej powiedziałabym – demonów przeszłości. Nie uznaję tego za porażkę, nie uznaję ich nawet jako coś złego. Gdy przytulam te „demony” – widzę, że to po prostu zranione cząstki mnie, wtedy przytulam je jeszcze mocniej. Jestem naprawdę zadowolona z tego jak sobie poradziłam w obliczu tych ostatnich dni. Nie uważam, że ta przemiana, którą przechodzę musi objawiać się codzienną ciężką walką w pocie czoła, zmianą o 180 stopni którą każdy zauważy i będzie gratulować. Nie każde realne działanie musi odbywać się w pokoju do procesowania na piętrze w moim kąciku do medytacji. Wierzę, że uzdrawianie siebie przyjmuje najróżniejsze formy. Wierzę w to, że ukrywa się ono również w drobnych gestach, w takich małych zmianach podejścia do pewnych sytuacji, które tak bardzo ułatwiają tą codzienność. Małymi kroczkami, bez wielkiego planowania – mówię o małym okazywaniu sobie troski, robieniu rzeczy, które sprawią, że zrobi nam się miło.


Miło zrobiło mi się np. gdy po raz kolejny kupiłam sobie duży bukiet żółtych tulipanów. Świeże kwiaty od siebie samej to już taki mój mały zwyczaj. Bardzo go lubię. Miło zrobiło mi się, gdy postanowiłam kupić sobie przed okresem jakąś słodycz bez robienia sobie wyrzutów o trzymanie diety. Miło zrobiło mi się, gdy wybrałam dla siebie oryginalne M&Msy zamiast podróbki, które zazwyczaj wybierałam a które mi nigdy nie smakowały mówiąc – „a co tam dla siebie będę wymyślać”. Przez ostatnie dni pomimo blokady, uśmiechałam się do siebie w lustrze i poza nim. Przez ostatnie dni, gdy zaczynałam czuć się smutna, czułam również, że jestem w bezpiecznym miejscu i mogę sobie na ten smutek pozwolić – czułam, że mam na to przestrzeń. Płakałam w sposób zupełnie inny niż kiedyś. Ja się oczyszczałam.


Patrząc na to z boku widzę, że stałam się dla siebie bardzo delikatna, wyrozumiała. Ani razu w tym swoim smutnym ostatnim stanie nie zgnębiłam się, wręcz mając tą świadomość – co mi to siedzenie w domu przypomina – podwójnie mocno byłam przy sobie, bezwarunkowo kochając i wspierając siebie. Ja nie chciałam przez ostatnie dni pisać postów na grupie o tym, że mam blokadę, ja nie chciałam procesować na górze w pokoju, nie chciałam jeść super zdrowo. Nie miałam na to siły, ledwo momentami oddychałam. Rozumiałam to. Wiedziałam, że to co ostatnio przeżywałam to jest dla mnie jedna z najcięższych emocji jakie w sobie noszę. Budzi się to we mnie, gdy przebywam na wolnym w domu, na chorobowym bądź gdy w weekend nie mamy z M. większych planów. Czyli budzi się to we mnie bardzo często i wypełnia bardzo sporą część mojego życia. To jest dla mnie mega ciężkie i już nawet gdy to piszę to współczucie i miłość do siebie aż we mnie buzuje. Hej jestem tu! Pomogę Ci! Kocham Cię najmocniej na świecie! 💛 Nigdy nie blokuje w sobie takich przekazów, takich krótkich słów wsparcia dla siebie – nawet gdy są one niepasującą wstawką do teksu. Poczułam to, napisałam to, więc jest to ważne.


I właśnie moi drodzy, uważam że ten odruch miłości i współczucia, to jest mój klucz do przezwyciężenia takich stanów. Ja sama siebie utwierdzam szczerze w przekonaniu, że czasy w których musiałam być jakaś by być kochaną – się skończyły. Ja dzisiaj kocham siebie BEZWARUNKOWO. Widzę, że jest mi gorzej ostatnio – więc siadam przy sobie, stwarzam bezpieczną atmosferę. Wcześniej miałam ten obraz samowsparcia bardzo zaburzony. Wydawało mi się, że gdy zostaje sama w domu i chce leżeć całymi dniami w łóżku to jest ok. Leżałam, znosiłam sobie do łóżka jedzenie na cały dzień, którym się potem opychałam oglądając seriale które uderzały w moje największe pragnienia i sprawiały, że płakałam zasypiając. To była autodestrukcja.


Dzisiaj jest to dla mnie nie do pomyślenia. Dzisiaj również słyszę takie zachcianki, ale wiem, że są to prośby zranione, nieprzemyślane i jest to tak naprawdę prośba o pomoc ponieważ mojemu wnętrzu robi się naprawdę źle. Ono nie wie do końca jak się sobą zająć, nie potrafi sobie samemu ulżyć. To jest energia dziecka i jak każde jedno potrzebuje ona opiekuna. Osoby, która dopasuje najlepsze działanie do jego potrzeb będąc w najlepszej wierze. Więc wyłapuje ten sygnał i stawiam na prawdziwą pomoc.


Wiem, że lubisz jak wokoło jest porządek, posprzątam dla Ciebie w moment i zaraz się usiądziemy razem. Powąchaj jak te tulipany pięknie pachną.
Wstawiam wodę na kawę, ona dobrze Ci zrobi. Wybiorę Twój ulubiony kubek.
Zapalimy świeczkę zapachową?
Nie jedz byle czego, zasługujesz na najlepsze, zrobię Ci pożywny obiad.
Ten serial to fikcja, po co zaprzątać sobie tym głowę, włączmy jakiś dokument może dowiemy się czegoś nowego, wiem że masz tak wiele świetnych zainteresowań.


I w końcu najważniejsze, dać sobie czas. Nie oczekiwać nic w zamian. Po prostu być.


I tak mniej więcej wyglądały moje ostatnie dni. Czas powoli mijał, ja czując się naprawdę stabilnie oscylowałam pomiędzy najróżniejszą emocją. Dawałam sobie przeżyć każdą z nich. Tańczyłam w kuchni do smutnych piosenek płacząc przy tym cichutko. Obejmowałam się wtedy i czułam się bezpieczna przez cały ten czas. Oglądałam programy, wybierałam aczkolwiek te po których nie czułam się gorzej, przykrywałam się wtedy kocem w pluszowe gwiazdki, przytulałam swojego psa i kota. Przynosiłam sobie dobrą kawę bądź sok ze świeżych pomarańczy, dobrego batonika – nie, wielką paczkę chipsów albo karton lodów. Starałam się jak najlepiej dla siebie. Starałam się wprowadzać różnorodność. Zachęcać się do wychodzenia z monotonii. Były to proste rzeczy. Śmiałam się ze śmiesznych filmików na YT. Pielęgnowałam swoją urodę, prawiłam sobie niewymuszone szczere komplementy od czasu do czasu. Bawiłam się ze zwierzakami, czesałam je. Czułam się po tym lepiej. Obserwowałam siebie. Interesowałam się sobą. Pilnowałam by nie zatracić się, by być obecną w dniu dzisiejszym – nie wchodzić w niebezpieczny wcześniej trans leżenia w łóżku i patrzenia się w sufit.


Byłam opiekunem, który stoi ze swoim dzieckiem w jeziorze. Zachęca go by nie bało się, położyło się spokojnie na plecach na tafli wody – spokojnie, prawie niezauważalnie podtrzymując go od spodu. Pilnuje by ono poznawało tą wodę, próbowało nurkować, zachłysnąć się, taplać, chlapać – ale by ta woda nie pochłonęła go. Pilnuje, aby to dziecko pozostawało zawsze na powierzchni, nie tracąc ze mną kontaktu. Uważam to za swoje cudowne objawienie, za swój cudowny dar który otrzymałam. Nie mam zamiaru pospieszać siebie w całym tym procesie. Uważam, że to pozwala mi coraz głębiej siebie poznawać, nawiązywać ze sobą więź, budować zaufanie które jest mostem do coraz głębszych zblokowanych emocji. Jestem zwolennikiem wielbienia już samej drogi. Jestem wdzięczna za każdy mały cud. Jestem wdzięczna za mądrość, za zaufanie do samej siebie, za miłość którą tak pięknie siebie obdarzam. Każdego dnia bezwarunkowo akceptuje to co do mnie przychodzi, surowe – takie jakie jest. Poświęcam temu czas, uwagę, energię. Chronię siebie. Stwarzam temu przestrzeń. Ma to najróżniejsze formy. Potrafię to robić w pracy, w domu podczas oglądania tv, jadąc samochodem. Nie zastanawiam się nad tym. Wchodzę w siebie. Uzdrawiam się po trochu z krzywdzących schematów, traum. Mam do tego niesamowite współczucie. Tutaj kochanie, możesz być sobą. Możesz wszystko.


Przez ostatnie dni nawet nie pomyślałam by siebie skrytykować, nawet nie wiem jak mogłam robić to wcześniej. Odkąd dojrzałam tą skrzywdzoną część siebie w środku, gdy poczułam to wszystko przez co przechodzi – nie umiałabym tego zrobić. To jak dobicie leżącego. Albo kopnięcie szczeniaka. Serio. Przecież ona jest kompletnie niewinna. Podczas pisania tego teksu na myśl przyszła mi pewna analogia. Kiedyś zobaczyłam spot reklamowy, bardzo wyraźnie i bez ogródek pokazane w nim było jak człowiek negatywnie wpływa na środowisko, na całą faunę i florę. Na pewno każdy wrażliwiec i nie tylko doskonale ją pamięta. To temat poruszający we mnie za każdym razem bardzo silne emocje. Były tam m.in. ptaki pokryte ropą, martwe zwierzęta, palące się lasy, dżungle. Był tam również obraz który mocno zapadł mi w pamięć. Obraz w którym ekolodzy wyciągają słomkę z zakrwawionego nosa biednego wijącego się z bólu żółwia morskiego…Są to bardzo wstrząsające obrazy, aczkolwiek w 100% popieram słuszność ich puszczania. Jest to konieczny uświadamiający apel. Oprócz tego, że nigdy więcej po obejrzeniu tego nie kupiłam ani nie użyłam słomki, oraz że oczywiście oprócz tego ograniczyłam też zużycie plastiku i paru innych rzeczy – dało mi to po czasie do myślenia również w innej kwestii. A mianowicie podobieństwo traktowania siebie równie źle. Zaśmiecałam swój organizm, nie szanowałam swojego ciała, nie wsłuchiwałam się w znaki jakie mi daje. Ignorowałam swoją naturę blokując swoją własną energię uniemożliwiając osiągnięcie harmonii ze sobą i wszechświatem. Dla mnie jest to wielka analogia do mojego życia. Wszystko to robiłam. Wszystko. Przecież mocno kochałam zwierzęta i planetę, ale realnie o nią nie dbałam dopóki nie zobaczyłam po raz pierwszy tej wstrząsającej reklamy. Kochałam siebie, lecz o siebie nie dbałam dopóki nie zobaczyłam, że sama w sobie zwijam się z bólu. Codziennie sama sobie wbijałam słomki w „nos” za przewinienia, oblewałam się ropą nienawiści i paliłam własne mosty, burząc i depcząc swoje wnętrze ganiąc się, gdy tylko zaczynałam coś czuć. W tym wszystkim brakowało mi realnej świadomości, obrazu co te czyny powodują – jaki jest ich realny efekt. Słomka tak niewinna i chętnie kupowana przeze mnie w pastelowych kolorach stała się dla mnie symbolem tego jak łatwo można coś przeoczyć gdy brakuje nam świadomości. Symbolem, że każdy nasz wybór, każde najmniejsze działanie to okazja na to by otworzyć oczy i spojrzeć szerzej, głębiej i zrobić coś dobrego, rozwijającego.


Tak jak ta reklama musiała mi coś uświadomić bym podjęła realne działania, tak odkrycie pojęcia wewnętrznego dziecka uświadomiło mi jak bardzo skrzywdzona drzemie we mnie dziewczynka. Czasami potrzebny jest taki wstrząs gdy coś zobaczymy, czasami jest to dotknięcie dna w postaci depresji i szukanie na nią w internecie pomocy. Gdy odkryłam to zranione JA w sobie i idące za tym światło wiedziałam, że moje życie nigdy nie będzie już takie samo. Gdy to dojrzałam. Gdy zrozumiałam. Wiedziałam, że już nigdy nie przyłożę do podobnych działań ręki, że otoczę się miłością, troską, zrozumieniem. Nie potrafiłabym inaczej. Uznaje swoje cierpienie, trwam przy sobie w słabszych momentach, daje sobie czas na wygojenie ran, obmycie się, zbudowanie wspólnych mocniejszych mostów. Tworzę dla siebie bezpieczną przystań. Jest mi to potrzebne ponieważ jestem mocno poraniona.
Będę korzystać z tego jeszcze nie raz. Jestem gotowa. Jestem obecna. Jestem świadoma. I za tą świadomość jestem dziś niezmiernie wdzięczna.


Amen. 💛🙏

%d blogerów lubi to: