Lepszy niż kwiaty i ciasto

Praca ze sobą nie przestaje mnie zaskakiwać. Odkąd traktuje siebie z należytym szacunkiem, świat coraz częściej odpłaca mi się tym samym. Podoba mi się to całe wsparcie, lekkość, czuję się lepiej niż kiedykolwiek. Jednakże bywa ciężko, codziennie praktycznie staje przed jakimś wyzwaniem.

To cały czas intensywny proces dla mnie, pracuje z ciężkimi emocjami. Otwieram się, coraz więcej rozumiem, coraz bardziej siebie znam – aczkolwiek nie potrafię uzyskać jeszcze wielu odpowiedzi. Bardzo się staram, nie naciskam kochanie, doceniam to co mamy, małymi krokami do przodu. Ostatnio wyczuwałam pewne napięcie. W piątek zrozumiałam, skąd ono się bierze – zbliża się Dzień Matki. Oddałam się refleksji i przypomniałam o pewnych rytuałach z tym związanych. Po Mamie zawsze było widać depresję, to jak jej ciężko, jak codzienność przychodzi jej z trudem. Odbierałam to bardzo personalnie, czułam się dla niej ciężarem. W moje urodziny zawsze dawałam jej prezent, chciałam by czuła, że jest to również jej święto, by cieszyła się że mnie ma. Było mi jej również żal i w takie szczególne dni zawsze starałam się zrobić coś miłego dla niej. Kupowałam Mamie piękne kwiaty, piekłam ciasto, długo przed świętem wybierałam prezent, pilnowałam nawet by moje rodzeństwo o tym pamiętało i odpowiednio się postarało. Cieszyłam się najbardziej na myśl, że mama będzie się tego dnia uśmiechać, zawsze chciałam jej szczęścia. Niestety, nasze skomplikowane relacje naznaczone przeszłością sprawiały, że gdy dochodziło już do spotkania to pojawiało się napięcie i żadna z nas nie czuła się dobrze w towarzystwie tej drugiej. Nigdy nie rozumiałam czemu mimo swoich usilnych chęci, moja aura z tak radosnej i nie mogącej się doczekać spotkania zmieniała się momentalnie na niezadowoloną, naburmuszoną w towarzystwie Mamy. Zaczynało się to dziać już w samochodzie, w drodze na umówione z nią spotkanie. Nie miało to dla mnie sensu, przecież jeszcze rano tak się cieszyłam na to spotkanie. Pierwszy na głos powiedział to mój Pan M. „Kochanie – powiedział kiedyś gdy wracaliśmy samochodem do domu – w towarzystwie Mamy zaczynasz zachowywać się kompletnie inaczej niż jak jesteśmy w domu, zupełnie tak jakbyś wpisywała się w ten ich obraz Ciebie”. Przyznałam mu rację. Mimo szczerych starań, nie radziłam sobie z emocjami w wyniku tego w domu przypięto mi łatkę zaczepnej, nerwowej dziewczyny. Nikogo w domu nie interesowało źródło moich problemów, jakby zapomnieli albo nigdy nie uznali, ile ran mi zadali. Walka z pokonaniem tego niesprawiedliwego zaszufladkowania, pokazania im kim naprawdę jestem i jak mimo wszystko chce dla nich dobrze była dla mnie jak walka z wiatrakami. W efekcie nie potrafiłam być spokojna, okazywać im szczere uczucia. Zawsze chciałam podświadomie coś wyjaśniać, coś udowadniać, poczuć że jestem dla nich coś warta – rozdrażniając jedynie całe towarzystwo. Współczuję Panu M. za to, że był tego świadkiem, podejrzewam jak bezsilny musiał się wtedy czuć. Na szczęście już tego nie robię i dzisiaj rozumiem, że nie miało to najmniejszego sensu. Zrozumiałam, że to ich zaniedbanie i zakodowanie we mnie toksycznych wzorców doprowadziło mnie do takiego stanu i nie jestem im nic winna. Od początku wyczuwając we mnie łatwy cel podświadomie wrzucili mnie w rolę ofiary, czarnej owcy. Niejednokrotnie wykorzystywali moją wrażliwość i brak granic by przenieść na mnie odpowiedzialność za swoje destrukcyjne krzywdzące zachowanie. Natężenie tych zachowań z wiekiem wszak nie zniknęło, ale zmalało. Korzystając z okazji że „tyle to chyba wytrzymam” próbowałam żyć jakby nigdy nic i cieszyć się codziennością. Nie wychodziło. Myślałam magicznie. Próbowałam zamienić dawne wspomnienia na te dzisiejsze, w których było już trochę lepiej. Niestety, tak się nie da, gdy ich widziałam wracały od razu wspomnienia, straszny żal i złość za czasy, kiedy byłam przez te osoby poniżana, lekceważona, pomijana, atakowana. Najmniejszy przejaw dawnych zachowań w ich wykonaniu wywoływał we mnie ogromne pokłady złości, uderzałam w nich ze zdwojoną siłą, całym swoim żalem próbując uzyskać zadośćuczynienie, postąpić tak jak marzyłam – kiedy byłam dzieckiem. No właśnie, byłam wtedy dzieckiem a mimo tego, że dorosłam to cały czas odgrywałam w kółko ten niedojrzały scenariusz. Oni nie pracowali nad swoimi ranami, dlatego w obliczu konfrontacji zachowywali się identycznie jak za dawnych lat. To było bezcelowe, a ja kręciłam się w kółko. Sam fakt, że Mama starała się miło przyjąć w domu mnie i Pana M., był jak plaster na pękającą tamę. Za mało, za późno. Dla mnie dużo sytuacji było jeszcze żywych, niewyjaśnionych. Ja cały czas pamiętałam o naszej przeszłości, o swoich zawodach, o swoich niespełnionych pragnieniach, ona i cała reszta mi to wszystko triggerowała i to uniemożliwiało mi relaks w ich towarzystwie. Rozumiem siebie. Bardzo sobie współczuję.  Cieszę się, że zrozumiałam że sama muszę się za to zabrać, że ja jedyna mogę sobie pomóc. Bo kiedy odpuściłam, kiedy zaczęłam dbać o siebie – automatycznie wyszłam z roli ofiary. Moje rodzeństwo widocznie zmieniło do mnie podejście. Wierzę w to, że otoczenie traktuje nas tak, jak my traktujemy samych siebie. W mojej ocenie mają na to wpływ granice, które im stawiamy, po drugie uważam, że wysyłamy do tego sygnały w postaci silniejszej aury, takiej która jest na tyle stabilna i twarda, że nic jej nie ruszy. Skoro nic jej nie ruszy, to nie warto nas atakować. Nasze „mury” są silniejsze, nasze zmysły ostrzejsze– inne osoby to wyczuwają i przestajemy być już łatwym sposobem na wylanie swoich brudów. Jak zawierzyłam, tak zrobiłam.

Z Mamą niestety, nie rozmawiamy. Było to konieczne, by ruszyć do przodu. Dopóki nie uporam się całkowicie z raną odrzucenia, z raną toksycznej matki, nie przeprocesuje tak licznych sytuacji z nią związanych – każde spotkanie będzie wiązało się dla mnie z cierpieniem. Od grudnia 2019 żadna z nas nie szuka kontaktu. Mam nadzieję, że kiedyś się to zmieni. Nie planuję tego. Czuję jednak, w sobie dużą zmianę. Odkąd się odcięłam, jestem dużo spokojniejsza, dużo szczęśliwsza – praca nad sobą pierwszy raz w życiu przynosi efekty, nie stoję już w miejscu. Odkąd odkryłam swoje wewnętrzne dziecko i to jaki ono ma wpływ na nasze dorosłe życie – powiększyła mi się perspektywa. Poczułam coś nowego. Odkryłam wcześniej nieznane mi pokłady współczucia dla zranionych dzieci moich rodziców i rodzeństwa. Każde z nich zmaga się ze swoimi problemami, rodzeństwo walczy, niestety rodzice są bardzo złamani życiowo –i patrząc na to mogę sobie tylko wyobrazić jak ich wewnętrzne dzieci płaczą w środku. Wiem, że nie mam na to wpływu. Wielokrotnie próbowałam, oni nie chcą pomocy. Nie zamierzam więcej poświęcać na to swojej energii. Jednak zauważyłam, że ta świadomość, to współczucie, które się we mnie zrodziło ma kojący wpływ na moje obecne życie. Oczywiście uznaje ten gniew i żal z przeszłości i nadal poświęcam mu odpowiednio dużo uwagi, nie umniejszam go. Ale, jakby – nie pojawia się już nowy. Jeszcze w marcu zadawałam sobie pytania czemu Mama nie pisze, czemu nie dzwoni, nie tęskni – byłam naprawdę wściekła na samą myśl jak ma mnie gdzieś, jak jest wyrodna, jak zawodzi mnie na każdym kroku, w brudnych listach do niej domagałam się przeprosin, przyznania się do win. Marnowałam ogromne pokłady energii na pielęgnowanie w sobie tego gniewu. Jednak, gdy zauważyłam problem, gdy postanowiłam, że nie będę zastanawiać się co ona ma w głowie i przekierowałam swoją energię na miłość i troskę do wewnątrz mnie – to było to czego potrzebowałam. Nie planując, że kiedyś ją zrozumiem czy jej wybaczę, spokojnie poznawałam siebie. Z czasem jednak odkryłam to swoje wew. dziecko, pracując z nim zaobserwowałam i poczułam, jak ono cierpi i jak zaślepione jest tą złością, żalem i strachem. Zauważyłam, jak często wybuchałam, jak nie radząc sobie z emocjami destrukcyjna się stawałam dla ludzi wokół, dla tych niewinnych i dla tych których kochałam. Zaczęłam dostrzegać analogię. Zaczęłam widzieć w mojej Mamie bardzo zranioną istotę, która nie miała w sobie tyle siły by zawalczyć o siebie. Nie tłumaczyłam tego wszystkiego co mi zrobiła, to niepodważalna kwestia, na którą ten pogląd nie ma wpływu. Oddzielając jedną sprawę od drugiej, po prostu oprócz świadomości jej czynów – zrodziło się w moim sercu współczucie. Współczucie do tego jej dziecka, które dzisiaj przepełnione żalem i złością steruje jej życiem. Moja Babcia, nie traktowała mojej Mamy dobrze, kto wie jak moja babcia była traktowana? Kto wie jak mocny i wielopokoleniowy toksyczny łańcuch przerwałam? Wcześniej miałam tyle niepoukładanych myśli w głowie, i tyle nieodczytanych wiadomości, że taka świadomość nigdy by mi się nie wyklarowała na przód. Wraz ze swoją przemianą, z tą świadomością, z tym współczuciem przestałam się na nią dzisiaj gniewać. Wraz z ulotnieniem się tych negatywnych emocji, uwolniłam kolejny fragment mnie, poczułam przypływ świeżego powietrza, zrobiło się przestronniej o kolejny kawałek miejsca w mojej głowie i sercu. Poczułam, że to była jej ostatnia część teraźniejszej kontroli nade mną. Układając sobie przeszłość – machinalnie ułożyła mi się teraźniejszość, tryby zaczynają chodzić, jak należy. Czuję, że mam pełną kontrolę nad tym co robię dzisiaj. Sama tworzę swoją rzeczywistość, biorę pełną odpowiedzialność za każdy swój kolejny dzień. Nie jest on już niczym naznaczony. Ta złość to zawsze było coś co mnie w obecnym życiu wstrzymywało. Bardzo się cieszę, że ruszyłam do przodu. Czuję, że jestem bardziej obecna by pracować z przeszłością i uwalniać swoje wewnętrzne dziecko. Jestem z siebie bardzo dumna. Jestem bardzo wdzięczna.

Mamo. Wiem, że tego nie przeczytasz. Ale mam nadzieję, że moja energia, którą uwalniam podczas pisania tych słów – dotrze do Ciebie. Wiedz, że bardzo współczuję Ci Twego losu. Wiem, że nie miałaś lekko. Wiem, że nie miałaś siły udźwignąć tego co do Ciebie przychodziło. Wiem, że chciałaś jak najlepiej, lecz nie potrafiłaś się uwolnić. Czuję, jak cierpisz, jak boisz się. Gdybym mogła ukoić Twój ból, zrobiłabym to od razu. Jednak nie mogę. Jedyne na co mam wpływ – to moje życie. Mogę zapewnić Cię, że nie musisz się o mnie martwić. Ściągam z siebie brzemię przeszłości, uzdrawiam się – to uwolni również część Ciebie. Jestem szczęśliwa. Z całego serca życzę Ci byś odnalazła siebie. Postawiła na siebie. Marzę o tym, by któregoś dnia zainspirować Cię. Pokazać, że można. Byś na moim przykładzie powstającego wielokrotnie z kolan złamanego człowieka – nabrała siły na zadanie sobie odpowiednich pytań i do tego byś nigdy się nie poddawała. Dzisiaj nie jestem na Ciebie już zła Mamo. I mimo, że nasze drogi dzisiaj rozeszły się, to wierzę, że będziesz miała jeszcze okazję to poczuć, gdy już będziemy mogły się spotkać. Wiem, że do dnia Matki jeszcze sporo dni, lecz ja już dzisiaj mam dla Ciebie prezent. Moim prezentem jest przerwanie tego toksycznego kręgu, w który byłaś jako dziecko wciągnięta. Moim prezentem jest świadomość, dzięki której moje dzieci a Twoje wnuki wejdą w życie bardziej spełnione i szczęśliwsze niż My dwie. Moim prezentem jest szczere zrozumienie, współczucie i odpuszczenie – wiem, że nie miałaś go w życiu zbyt wiele. Jest to prezent inny niż wszystkie, jednak uważam go za cenniejszy niż kwiaty i ciasto, które co roku Ci wręczałam. Zgromadziłam sporo światła i dzisiaj przekazuje jego część na oświetlenie Twojego serca. Proszę przyjmij ten dar, odetchnij dzisiaj głęboko Mamo, i nabierz sił z energii którą Ci dzisiaj szczerze wysyłam. Bardzo Cię kocham. Twoja P.

%d blogerów lubi to: