Magda, czego Ty chcesz?

Obserwuję. Widzę ludzi ewidentnie strapionych. Spotykam ich na co dzień. Widzę, jak w gabinecie na przeciwko kłócą się między sobą. Jak jeden błąd na dokumencie potrafi wyprowadzić ich z równowagi. Jak walą w stół próbując zaznaczyć swoja dominację. Myślę o tym, że co najmniej 3 razy w tygodniu, krzyczą że rzucają tą robotę a dzień później, że ją kochają. Ja widzę jak nieszczęśliwi są, jak nie lubią tutaj przychodzić, aż mnie telepie, pieprzę to, zaczyna mnie to dotykać, wyczuwam lekcję od życia – robię przerwę i przyglądam się. Widzę jak zrezygnowani są zaraz po kłótni i jak bez emocji patrzą w przyszłość. Widzę jak mój dawny autorytet, Główna Księgowa z działu finansów przechodzi dzisiaj zgarbiona i smutna przez korytarz. Koleżanka z innego działu, nie mogąc z nią wytrzymać leczy się u terapeuty. Takie obrazy mnie przerażają, to są obrazy z mojego domu, moich rodziców. Zadaje sobie pytanie, wspieram się, chronię się. Do czego dążysz Magda. Czego chcesz. Ja Ci pomogę.

Jestem młodą osobą na wysokim stanowisku. Wspięłam się na nie z samego dołu struktury organizacyjnej firmy. Dawałam z siebie wszystko bo to czy byłam dobra w pracy było wyznacznikiem tego co o sobie myślałam. W pracy byłam perfekcjonistką, pracoholikiem, idealistką. Wiecznie zostawałam po godzinach, wyrabiałam najlepsze wyniki, zawsze musiałam być na pierwszym miejscu. Miałam też dobre papiery, kursy. Zarobiłam dla firmy dużo kasy, uratowałam też jej sporą część przed stratą. Nie chodziłam do pracy po wynagrodzenie, miałam kasę. Szef o tym wiedział, to była dla niego zupełna nowość – wielokrotnie oszukany finansowo poczuł się bezpiecznie wiedząc, że nie pragnę jego pieniędzy. Powierzył mi bardzo poważną rolę w firmie, praktycznie u jego boku. Prawda jest taka, że nigdy nie naraziłabym go na straty – zawsze chce jak najlepiej dla firmy. Mam wiele wygód o jakich bym nawet kiedyś nie marzyła. Własne biuro, samodzielne stanowisko pracy, elastyczne godziny. Te rzeczy bardzo ułatwiają mi pracę nad sobą bo w czasie pracy mogę zrobić sobie paro godzinną przerwę lub coś napisać i zostać dłużej bądź odrobić to innego dnia – wystarczy, że praca będzie dobrze i na czas zrobiona. Udaje mi się to wszystko sprawnie pogodzić, jest to układ idealny w mojej obecnej sytuacji. W pracy często dopadają mnie triggery. Szef triggeruje mi – nie ingerującego w nic lecz chcącego dobrze Tatę, Główna Księgowa – niemożliwą do zadowolenia Mamę, sama praca wymagająca ode mnie kontroli praktycznie nad wszystkim, mocno mnie uruchamia. Czasami po prostu nie mogę ruszyć dalej. I wtedy wiem, że muszę poświęcić sobie czas, że wolę odpracować te godziny gdy będę obecna jako pracownik – nie tylko ciałem ale i duchem. W takich momentach, kiedy się zatrzymuję – widzę takie obrazy o których pisałam na samym początku tego wpisu. Smutnych ludzi, zgarbionych, wykłócających się o rację, zazdrości, plotki, wytykanie sobie błędów, katowanie się za nie, perfekcjonizm, wyścig szczurów, walka o dominację, złe wzajemne traktowanie, płacz pod wpływem presji czy strachem przed porażką. Straszny widok. Broń boże nie uważam się za lepszą od kogokolwiek. Nie oceniam nikogo. Ja po prostu uczę się, łapię punkt odniesienia. Obserwuje. I to wszystko napawa mnie przeświadczeniem, że ja tak nie chcę. Wielu ludzi wokół mnie tak wygląda. Ja tak nie chcę. Czuję, że nie po to żyję aby sprawiać żeby słupki leciały w górę. Ale to co mam robić? Wiem, że pasja istnieje i praca z powołaniem też, pokazuje mi to na co dzień Pan M. Tak bardzo pragnę to odkryć. Ci co czytają moje posty wyczuli na pewno, że mam bardzo duży dysonans nt. swojego powołania. Ja nie wiem co chciałabym w życiu robić zarobkowo. Nie wiem nawet co lubię np. robić w wolnym czasie. Bardzo często nudzę się w domu i nie umiem znaleźć sobie zajęcia. Wiem skąd to pochodzi, dowiedziałam się tego podczas jednego z procesów. Wyszło mi, że jako dziecko rodzice nie poświęcali mi czasu, siostra i brat szybko przestali się ze mną bawić. Rodzice byli bardzo aktywni przy rodzeństwie, kiedy byłam bardzo malutka razem z nimi wymyślali teatrzyki (pamiętam je z perspektywy widza), rozwiązywali zadania łamigłówki, rysowali, czytali książki. Mam przebłyski pamięci i widzę te obrazy przed oczami, pamiętam jednak smutny fakt że ominęło mnie to wszystko. Gdy podrosłam już na tyle by się do nich dołączyć rodzice przestali to robić, Mama – główny organizator akcji – wróciła do pracy, Tata dużo pracował a dla mnie została wynajęta opiekunka. Podczas takich aktywności nawiązuje się więź z dzieckiem, ja jej z rodzicami nigdy nie miałam. Gdy w przedszkolu było trzeba narysować Mamę – ja rysowałam kobietę o kręconych blond włosach. Mama miała proste włosy blond, a opiekunka czarne kręcone. Wszystko mi się mieszało. W weekendy rodzice byli na tyle zmęczeni, że jak nudziłam się i mówiłam o tym to zamiast zachęcenia do jakiegoś zajęcia słyszałam z przekąsem : „Inteligentne osoby się nie nudzą”. I tyle. Potem jak się nudziłam to zamiast próbować nowych rzeczy to siedziałam i myślałam o tym, że nie mogę się nudzić, że muszę natychmiast przestać bo wyjdzie że nie jestem inteligentna – czyli że jestem głupia – czyli że nic nie warta – czyli nikt nie kocha na pewno. Jako dziecko tak bardzo skupiałam się na tym co wokół, że nie marzyłam o tym kim zostanę. W ogniu pytań cioć na przyjęciu o tym kim Magdunia chce zostać w przyszłości robiłam wielkie oczy i odpowiadałam że : „Kotkiem, bo kotki są często przytulane i głaskane”. Ja nie chciałam być kimś, ja chciałam czuć się kochana. Jak kotek. Smutne bardzo. No i tak dorastałam w przeświadczeniu żem „nie taka” i w podążaniu za tym by ktoś mi powiedział do cholery w końcu jaka ma być. Nie było czasu na  rozwijanie żadnych zainteresowań czy poznawanie świata. Potem to już w ogóle się nie nudziłam bo a to rodziców trzeba była pogodzić, a tu mama zapłakana wróciła z pracy, a tu jakaś kłótnia, tu posprzątać i obiad trzeba było zrobić dla 5osobowej rodziny, a to przyjaciółka zerwała z chłopakiem, a tu własny robił jazdy. Wszystko było ważniejsze.

Rozumiem to, rozumiem jakie to ciężkie. Bardzo Cię kocham malutka. Dla mnie jesteś najważniejsza.

Można pomyśleć, że szkoła byłaby dla mnie szansą. Szansą na próbowanie nowych rzeczy – odkrycie zainteresowań. Niestety, jak do niej trafiłam to byłam już tak dotknięta całą tą sytuacją, że (analogicznie jak w pracy pracując dla uznania) nie przychodziłam do szkoły się uczyć – przychodziłam tam by być zauważaną, lubianą, chwaloną. Ktoś zapyta – „no ale z czego byłaś dobra w szkole? Z jakiego przedmiotu” – odpowiedź jest prosta „z tego przedmiotu z którego nauczyciel mnie chwalił i lubił”. Potrafiłam się dopasować, uczyć na siłę by poczuć się kimś. Jeżeli jakaś nauczycielka mnie ignorowała emocjonalnie, automatycznie spadały mi z tego przedmiotu oceny. W gimnazjum miałam już depresję i praktycznie przestałam chodzić do szkoły. Siedziałam sama w domu. Nikt się nie zczaił przez cały rok, nie zainteresował. Szkoła niestety w moim przypadku zawiodła na całej linii, wiele widocznych przejawów problemów w domu było bagatelizowanych. Nikogo nie dziwiło że rodzice nie zjawiają się na wywiadówki, że jestem notorycznie przygnębiona, wycofana, że gdy ktoś się przy mnie przeciągnie – to robię unik chroniący twarz przed uderzeniem. Wystarczyło, że na koniec roku wysoko postawieni rodzice w garniturze i w garsonce na szpileczkach przyjdą pogadać i pośmiać się z dyrektorem o tym jak ich córeczce się w dupie poprzewracało, że ogólnie to ma tarczycę chorą i to przez to, i jak to nie mają ze mną ciężko w domu. Co więcej, leczyli mnie wiele lat na tą tarczycę silnymi lekami mimo, iż z krwi nigdy nie wychodziły żadne odchyły od normy. Lekarka wypisywała receptę tylko i wyłącznie na podstawie opowiadań mojej Mamy o tym jak „dziwnie” się zachowuje czyli jak mi się ręce pocą, jak mi serce kołata i jak nerwowa jestem. Typowe objawy nerwicy. Jak to mówi M. „miałaś popierdolone i maksymalne nieszczęście do ludzi na swojej drodze”. Historia o niechodzeniu do szkoły stała się jedną z ulubionych zabawnych anegdotek mojej rodziny przy stole. Ganili mnie przez śmiech na co to ja ich naraziłam, na jaki wstyd. Uważali, że są super wyrozumiali, że nie dostałam lania. Lanie to ja dostawałam codziennie na bani. Zostawmy to. Chodźmy dalej. W liceum miałam dość farsy z gimnazjum i uczyłam się na dwójki, trójki by wszyscy dali mi święty spokój. Studia jak już wcześniej pisałam wybrałam by zadowolić Mamę i iść w jej ślady, pasowało to do obrazka jej cudownej postaci godnej naśladowania – zresztą cieszyło ją to a ja lubiłam jak ona się cieszyła, czułam w takim momentach że jestem coś warta. Na studiach miałam mocną depresję ale bałam się już tego, że zostanę z niczym i w końcu nic w życiu nie osiągnę więc postawiłam wszystko na jedną kartę – finanse i rachunkowość. Uczyłam się najpilniej dotychczas, byłam dobra, zrobiłam dużo kursów. Dobrze wyszło. Potem Pan M. Wyjazd z patologii razem z nim do ziemi obiecanej. Poszukiwania pracy – znalezienie pracy – harowanie jak wół w pocie czoła –awans – utrzymanie poziomu i pozycji – obudzenie się i odkrycie WD – i voilà.

Jestem tu gdzie jestem. Ktoś by powiedział „obudziła się z ręką w nocniku”. Czuję się troszkę skołowana, nie powiem, ale cały czas wdzięczna za to przebudzenie do żywych. Za to, że jeszcze jako młoda kobieta mogę wiele zmienić, zajrzeć w siebie i doszlifować te miejsca w których coś mnie uwiera. Jestem wdzięczna, że mam do tego idealne warunki zawodowe, że mam wsparcie w sobie i w M. Tak więc robiąc sobie przerwę w pracy, siadam i myślę i zadaje sobie pytanie… Magda…co chcesz robić w życiu. Powiesz mi kiedyś? Zrobię wszystko co trzeba abyś była szczęśliwa. Będę próbować różnych rzeczy, i odczytywać swoje emocje z nimi związane. Spokojnie, razem znajdziemy swoje miejsce na tym świecie. Teraz obserwuje współpracowników, swój charakter pracy, to jak się czuję w tej pracy. Uznaję to jako lekcje, staram się za każdym razem wyciągać coś z takich momentów, słuchać idącego z nich przekazu. Staram się, dzisiaj nadal nie mam jasnego obrazu. Na razie wiem jedynie, czego nie chcę. Nie chcę być tak smutna i skołowana jak Ci ludzie wokół mnie.

Magda Kay

%d blogerów lubi to: