Drogowskazy

Pamiętam, że zawsze lubiłam fantazjować na temat mojego życia. Lubiłam myśleć, jak ono będzie wyglądać po ukończeniu edukacji, gdy wyprowadzę się z domu, gdy wezmę życie w swoje ręce. Marzyłam o tym jaka będę towarzyska. Wyobrażałam sobie, że spędzam czas w klimatycznych miejscach, jak podróżuję. Wyobrażałam sobie, jak odmienię swój wizerunek, gdy już będę zarabiać. Jak będę ładnie mieszkać. W mojej głowie potrafiłam odgrywać scenki w sytuacjach, które nigdy się nie wydarzyły. Bardzo mocno zazdrościłam osobom, które realizowały swoje marzenia, moje marzenia. Nie wiedziałam jak ukierunkować całą tą energię, która się we mnie wtedy pojawiała. Zamiast realnych działań, wybierałam fantazję. A cała blokada była dlatego, że brakowało mi w tym wszystkim świadomości, że właśnie ta zazdrość i wszystkie inne emocje pokazują mi czego ja tak naprawdę pragnę.

Odcięta od własnego JA tłumiłam wszystkie emocje, blokowałam wszystkie wiadomości. Narastała we mnie złość, rozżalenie, zrezygnowanie. Robiąc tak przez wiele wiele lat, doprowadzamy się do stanu, w którym nieodczytywane wiadomości są już tak głośne i tak nieznośne, że organizm by się ratować – całkowicie odcina się od emocji. Nie czuje już nic. Ja to odbieram tak, że jest to ostatnia deska ratunku. Moment wytchnienia, ciszy absolutnej. W życiu miałam postawione przed sobą konkretne cele do zrealizowania. Studia finansowe, praca w księgowości, samochód, dom, porządny partner, samodzielność finansowa, rzucenie palenia. „Madziu, jak osiągniesz to, to w końcu nie będziemy musieli się o Ciebie martwić, będziemy mieli spokojną głowę”. No ja bardzo chciałam, żeby mieli spokojną głowę. Nie chciałam być powodem do zmartwień. W wyobraźni już widziałam ich dumne miny, gdy to wszystko osiągnę. Ten obraz nakręcał mnie, myślałam że jak to osiągnę to w końcu będą szczęśliwi, a wtedy i ja będę szczęśliwa. Myślałam magicznie, uwierzcie, byłam przekonana że o to właśnie w życiu chodzi. No więc się postarałam i osiągnęłam co miałam. Przed 30-stką. I wtedy wszystko diabli wzięli. Ocknęłam się w swoim biurze, z kubkiem kawy w rękach, patrząc na okno – fantazjując jaką ulgę poczuję, gdy po prostu skoczę.

Moja reakcja była mało spektakularna. Gdy zauważyłam co ja w ogóle wyczyniam, nie dałam sobie pobudzającego policzka w twarz mówiąc „Kochana, całe życie przed Tobą!”. Nie. Ja wzruszyłam ramionami i powiedziałam do siebie „Ty niewdzięcznico, nie myśl wiecznie o sobie, pomyśl o M., nie wiem czemu Cię kocha, okaż resztki człowieczeństwa i nie rób mu świństwa, wieczny z tobą problem, mam Ciebie serdecznie dość, weź wariatko zrób coś ze sobą i poszukaj jakiegoś kolejnego psychologa, no idź, wydaj znowu niepotrzebnie pieniądze. Jesteś żałosna. M. na pewno żałuje, że trafił na taką sierotę.”

To była moja reakcja. I to pokazuje w jak zaawansowanym stadium autodestrukcji byłam. Nie obchodziła mnie własna śmierć. Powtórzę to. Nie obchodziła mnie własna śmierć.

Nie chodziło o to, że rodzice oczekiwali ode mnie złych rzeczy. Nie. Problem leżał w tym, że stawiałam osiągnięcie tego celu nade mną. Jako dziecko przejęłam pokoleniowo przekazany toksyczny wstyd, schematy autodestrukcyjne. Od dziecka napatrzyłam się jak życie łamie moją Matkę, ojca. Ja byłam przerażona. Po tylu latach miałam dość walki. Ostatnia iluzja jaką sobie wmawiałam wyparowała. Osiągnęłam wszystkie cele, ale nic się nie zmieniło. To przedsięwzięcie było z góry skazane na niepowodzenie, jednak ja nie byłam gotowa ujrzeć tego wcześniej. Moment dla mnie nastał, w momencie w którym dotknęłam dna w styczniu. Szukając z niechęcią kolejnego psychologa, wpisywałam hasła związane z depresją. Wyskoczyła mi na YT Planeta Serca. Zaczęłam oglądać filmiki. Na początku nie byłam przekonana, jednak zawsze wracałam. W tydzień obejrzałam wszystkie filmiki. I tak zaczęła się moja droga. Postanowiłam odpuścić to co teraz. Powiedziałam sobie : Magda, stawiasz teraz na siebie. Po kolei, małymi krokami, dojdziemy do tego co i gdzie się spierniczyło. I naprawimy to. Zaczęło się od teorii, potem nieśmiałych prób pisania listów, opisywania uczuć – aż doszło do procesowania. Z każdym kolejnym dniem coraz mocniej i mocniej się w to wkręcałam. Listy stawały się coraz bardziej szczere, łzy coraz bardziej oczyszczające, procesowania emocji coraz bardziej intymne. Moja wewnętrzna dziewczynka, gdy ją odnalazłam zachowała się dość niestandardowo jak na WD. Po zgromadzeniu całej wiedzy, liczyłam na to że proces oswajania jej do siebie będzie bardzo złożony. Ona jednak gdy zobaczyła mnie a ja ją, podczas pierwszej tak bardzo głębokiej medytacji, zaczęła biec w moją stronę. Była bardzo daleko na początku, uklękłam na kolana, wyciągnęłam ręce a ona biegła na tych swoich małych 6 letnich stópkach do mnie, by w końcu rzucić mi się w ramiona i wlepić się we mnie niczym mała małpka. Zaczęłam płakać a ona wręcz przeciwnie. Zaczęła skakać tańczyć cieszyć się. Bardzo się wzruszyłam. Ona była tak stęskniona zabawy, uwagi, przytulania, że po prostu odpuściła mi to wszystko, ten cały czas nieobecności, zaniedbania. Chciała żeby już po prostu było dobrze. Ufała mi. To jest i zawsze było bardzo dobre dziecko. O bardzo szlachetnym sercu. Bardzo ją kocham.

Pracując ze sobą, stawałam się coraz bardziej wolna. Gdy bywałam smutna – procesowałam to. Gdy byłam wkurzona, nawet w trakcie kłótni z M. – zapalała mi się lampka – szłam procesować. Zawsze wychodziły jakieś brudy. A ja się oczyszczałam. Brudne listy palone białą świeczką. Wypisanie nieprawdziwych opinii które słyszałam w domu, które niczym brzytwa żyły we mnie od dziecka – spalenie ich, wywiezienie daleko poza dom. Wypisanie MOJEJ PRAWDY o sobie, o tym jak było naprawdę i wypuszczenie jej w świat, w miejscu dla mnie pięknym harmonijnym – na brzegu jeziora otoczonym przez piękne lasy. To wszystko było moją drogą odzyskiwania równowagi. Na tym się skupiałam, w końcu szłam po kolei, obecna w każdym momencie swojego życia. Nauczyłam się czytać swoje emocje. Traktować jako wiadomość a nie jako wyznacznik tego kim jestem. Jak dzisiaj wkurzam się na coś „bezsensu” to nie myślę jak wcześniej, że jestem histeryczką. Dzisiaj siadam ze sobą i mówię „Jestem tu kochanie, opowiedz mi wszystko.” Bo emocje to INFORMACJE. Dzielą się na te tłumione dawne – i na te bieżące. Bieżące mówią nam o tym, że nasze granice są przekraczane, że zaburzone jest nasze niebezpieczeństwo, że zaczynamy brać się za coś co nie jest zgodne z nami. To są nasze drogowskazy. To są cudowne znaki. Tak właśnie odzyskuje siebie. Te tłumione dawne, należy rozładować – ale uwaga, jako dorosły TY – wejść w te emocje, uznać je, poczuć je, i jako opiekun odpowiednio zareagować, uleczyć je. Być dla tych tłumionych emocji przestrzenią – miejscem bezpiecznym – bezpiecznym czyli KONTROLOWANYM.

Uwierzcie, życie zmienia się nie do poznania. I teraz po całej tej pracy, mam dla siebie zrozumienie. Nie traktuje siebie jako niewdzięcznicy, wariatki – wręcz przeciwnie. Dzisiaj rozumiem dlaczego w styczniu doszłam do swego kresu. Rozumiem, też że rodzice chcieli jak najlepiej dla mnie, to przez swoje własne kajdany emocjonalne – nie potrafili być obecni, opiekować się mną podczas tej drogi. To sprawiło, że szłam przez życie osamotniona – i bardzo się bałam. Już na samym początku zgubiłam się, przestraszona tym co wokół mnie biegłam przed siebie bez zastanowienia. Im dalej biegłam w las, tym ciemniej się robiło. Niczym ogłuszony gołąb obijający się o drzewa przez fajerwerki w nowy rok, ja przerażona awanturami i całą toksycznością swoich rodziców szłam przez życie w trybie przetrwania. Gdy człowiek żyje by przetrwać nie myśli nawet o tym jakie ma hobby, jaki lubi przedmiot w szkole, na jakie studia chciałby iść, jaką pracę chciałby wykonywać. I to jest właśnie to co mnie dotknęło. Ja musiałam wrócić do początku. Odnaleźć siebie w tym ciemnym lesie, zdobyć swoje zaufanie, wyprowadzić się ostrożnie z tego lasu i wyjść z trybu przetrwania. I teraz moi drodzy. Jest czas żeby zastanowić się : jakie mam hobby, jaki kierunek w życiu mnie pasjonuje, jaką pracę chciałabym wykonywać i wiele wiele innych. Powoli, po kolei, ciesząc się całym odkrywaniem. Bo teraz moi drodzy. Ja i moje WD. Jesteśmy tu razem. Świadomie wybrałyśmy początek naszej drogi. W moich medytacjach widzę to tak. Idziemy przez bardzo piękną, słoneczną żywo zieloną polanę. Ptaki śpiewają. Nie spieszymy się, cieszymy się każdym momentem. I to nic, że nie wiemy co przyniesie nam przyszłość. Obserwując wszystko świadomie, pozwalając energii przepływać, żyjąc w harmonii z tą drogą, zobaczymy na pewno każdy drogowskaz, a to sprawi, że na pewno się nie zgubimy.

Magda K.

%d blogerów lubi to: