Bohater bez peleryny

Dzień zaczął się bardzo spokojnie. Rano zjedliśmy z M. tofucznicę, wypiliśmy kawę. Potem sprzątanie, walka z odkurzaczem i dylemat M. na temat tego czy ma iść do fryzjera czy może włosy jeszcze ujdą. Pojechał. Przysiadłam wtedy na chwilę na social media i natrafiłam na bardzo inspirujący wpis nt. zawierzenia. Podlinkuję go w komentarzu. Autorka wpisu opisała w nim pięknie wpływ tak zwanych rozpraszaczy na naszą egzystencję. Bardzo tego potrzebowałam. Po przeczytaniu go coś we mnie odpuściło, spadły mi kolejne łańcuchy z duszy, poczułam niesamowite odprężenie. Idę do lasu – pomyślałam automatycznie. Bez ociągania wstałam, przeprosiłam się z ciuchami termicznymi i ruszyłam. Wsiadłam do auta. Wybór mam spory – pomyślałam – wszak mieszkamy na Mazurach, same lasy i jeziora. Postanowiłam jechać przed siebie i nie myśleć za wiele. Szybko poczułam trasę i zanim się obejrzałam trafiłam do przepięknego lasu. Gdy wysiadałam z auta, przeszyły mnie dreszcze. Uwielbiam je. Wtedy czuję, że coś się dzieję, czuję że żyję. Zaczęłam chłonąć tą piękną energię. Udałam się w głąb lasu. Podziwiałam piękno tego miejsca. Szum drzew wprawiał mnie w cudowny trans medytacji. Boże jak dobrze. Usiadłam na mchu, oparłam plecy o pień masywnego drzewa. Patrzyłam w górę, podziwiałam jego masywną koronę. Wokół unosiła się niesamowita energia. Słońce delikatnie świeciło. Czas dla mnie nie istniał.

Zadałam sobie pytanie, czemu wcześniej nie przychodziłam w takie miejsca? Po chwili namysłu stwierdziłam, że pewnie nie byłabym wtedy gotowa ich docenić, byłam zblokowana po całości. Ale teraz jestem gotowa, i czuję się świetnie. Poranny wpis dał mi taką lekkość bytu, a teraz jeszcze to piękne miejsce. Wszystko zaczyna się po prostu układać, czuję się bezpieczna – ucieszyłam się, patrząc błogo na niebo prześwitujące przez liście. I wtedy coś zaczęło sypać mi się na głowę. Patrzę w górę i widzę, że na pniu drzewa o które się opieram znajduje się przepiękny dzięcioł stukający w korę. Ucieszyłam się. Cudowny ptak. Dzięcioły zawsze były dla mnie wyjątkowe. Podziwiając jego piękno, przypomniałam sobie jak jeden z przedstawicieli tego gatunku odwiedzał parapet mojego ceglanego pokoju, w domu w którym dorastałam. Uwielbiałam go podziwiać, wysypywać dla niego ziarenka, wieszać kule z orzechami. Jego przylot zawsze poprawiał mi humor. Może to głupie, ale lubiłam mówić sobie, że to Tata do mnie przyleciał i dogląda tego co u mnie. Wyprowadzając się z M. na mazury, jedną z pierwszych rzeczy jakie zrobiłam w nowym domu było przymocowanie dużego drewnianego karmnika, tak bym widziała go z sypialni. Nowe miejsce zamieszkania, nowi ludzie, poszukiwanie pracy sprawiło, że moje samopoczucie bardzo się wtedy pogorszyło. Praktycznie nie podnosiłam się z łóżka. Bardzo ucieszyłam się kiedy do karmnika zaczął po ok. 3 tygodniach zlatywać dzięcioł. Widząc go, od razu się podrywałam by go podziwiać. Wiem, że zabrzmi to dziwnie ale czułam się jakoś mniej samotna, robiło się tak jakoś lżej na sercu. I proszę, teraz nie z ceglanego pokoju, nie z łóżka – a w pięknym lesie przyszło mi go podziwiać. Spojrzałam na tego pięknego osobnika znajdującego się już na gałęzi drzewa przede mną i doceniłam jak moje życie zmieniło się na lepsze. Doceniłam całą tą drogę, to jak jestem teraz szczęśliwa, uśmiechnęłam się sama do siebie. I wtedy on zaczął śpiewać. Zupełnie inaczej niż inne ptaki. Ale przepięknie. Zorientowałam się, że wcześniej nigdy nie słyszałam jak śpiewa dzięcioł. Cudownie było tego słuchać, moje serce w pełni oddało się w tej symfonii. Dzięcioł zmieniał swoje miejsce przelatując z drzewa na drzewo lecz ani razu nie odleciał mi z pola widzenia. Cały czas radował moje serce pięknym śpiewem. Czułam się cudownie zrelaksowana, cudownie wolna, silna, obecna w swoim życiu. Po koncercie trwającym 1,5h mój przyjaciel odleciał, a ja powoli zaczęłam zbierać się do domu. „Było cudownie, las to będzie moje miejsce mocy!” – oznajmiłam dumnie M. na przywitanie i zabrałam się za robienie obiadu widząc jego głodne oczy. Leżąc później leniwie z M. na kanapie włączyłam mu nagranie przedstawiające dzisiejszy koncert w lesie. No fajny – odparł bez przesadnego zachwytu. Zastanowiłam się chwilę nad tym, czemu ja się tak w sumie nad tym zawsze zachwycam. Podeszłam do okna, popatrzyłam chwilę na padający deszcz. Czułam ewidentny niedosyt, głód czegoś, coś mnie uwierało. Nie wiedząc czemu usiadłam do laptopa i zaczęłam czytać o symbolice dzięcioła. Czytam i nie wierzę.

Dowiedziałam się, że dzięcioł jest jednym z wielu zwierząt interpretowanych jako zwierzę mocy, a on akurat jest tym, który pomaga odnaleźć wewnętrzny dom! Jego stukot symbolizuje przypomnienie konieczności odczytywania emocji, wiadomości od własnego JA. Nawołuje do nawiązania kontaktu z naturą i poprzez to spojrzenie w siebie, nawiązania relacji z samym sobą, wiary w siebie, pokochania siebie na nowo. Jest patronem ludzi którzy zapomnieli o sobie i skupili się na celach, obowiązkach, zadaniach, na zadowoleniu innych. Jest symbolem zmiany tego podejścia, momentu powrotu do siebie, trwania przy swoich wartościach. Pokrzepia do słuchania swojej intuicji, do marzeń i ich realizacji. Jego mocne skrzydła dodają jego podopiecznym sił by wznieść się wysoko i zabrać się do działania. I wtedy przeczytałam coś co sprawiło, że łzy napłynęły mi do oczu. Dzięcioł symbolizuje ojcowską opiekę. Nie jestem w stanie opisać emocji, które pojawiły się we mnie w tamtym momencie. Pamiętacie co lubiłam sobie myśleć gdy przylatywał do ceglanego pokoju? Byłam w szoku.

Zwierzę mocy kojarzyło mi się co najwyżej z Patronusem z Harrego Pottera, z totalną fikcją a tu proszę. Już zrozumiałam dlaczego zawsze czułam do niego takie przywiązanie. To był mój przewodnik. Jego energia od zawsze wspierała mnie w życiowej wędrówce. Dlatego swoją obecnością koił moją samotność, koił ją lepiej niż nie jeden człowiek. Teraz rozumiem, dlaczego dzisiaj po raz pierwszy dla mnie zaśpiewał. Dzisiaj mieliśmy co świętować. Ten cudowny spokój, brak rozproszeń pozwolił mi połączyć energię z tym pięknym zwierzęciem. Odczytać kolejną wiadomość od wszechświata. Moment, w którym zaczął śpiewać był momentem, w którym radowałam się swoim życiem. Wierzę, że śpiewając – on radował się razem ze mną. Myślę, że artykuł o zawierzeniu, który przeczytałam rano miał w tym swój wielki udział. Sprawił, że weszłam na kolejny poziom świadomości. Zawierzając odpuściłam kontrolę nad tym co było poza moim zasięgiem. Przekierowałam wcześniej marnowaną energię na bieżące odczuwanie, pogłębianie świadomości. Wierzę, że dzisiaj dzięki temu ta energia mogła połączyć się z czymś większym. Odebrałam dzięki temu piękną wiadomość. Otrzymałam cudowny dar. Odkryłam swoje zwierzę mocy. Przeżyłam dzisiaj jedno z najpiękniejszych doświadczeń w swoim życiu. Całuje pełna miłości.

Magda K.

%d blogerów lubi to: