Projekt „życie”

Potraficie połączyć poczucie odcięcia od wszystkiego a jednocześnie poczucie bycia w centrum wszystkiego? Ja tak miałam, będąc w depresji. Żyłam jakby obok wszystkiego, a jednak wystarczyła jedna wkurzona osoba w otoczeniu, żebym z przekonaniem pomyślała, że ja to zdenerwowanie wywołałam. Zobaczcie, powodów mogło być tak wiele. Ale ja byłam pewna, że „to na pewno moja wina”.

Problem leży w dzieciństwie. W czasie kiedy byliśmy niesprawiedliwie osądzani, w których ktoś atakował nas bez powodu. Nauczyliśmy się wtedy – że powód wcale nie jest potrzebny by oberwać. U mnie ataki były dla mnie tak traumatyczne i tak się nimi stresowałam, że potem już sama wywoływałam pewne spięcia, żeby rozładować atmosferę i mieć to już za sobą. Oczywiście nie działało, było jeszcze gorzej. Gorzej do tego stopnia, że nie wiedziałam jak żyć, nie chciałam żyć. Miliony razy myślałam, jaka mam być żeby mieć święty spokój, nie mówiąc już o poczuciu szczęścia, spełnienia czy przynależności. Myślałam – bo czuć na bieżąco już dawno przestałam. Byłam skrajna. Albo zrezygnowana i niewidzialna albo tak wściekła, że najchętniej wrzuciłabym się w ogień razem z moim oprawcom lub jego przedstawicielem. Zrobiłabym wszystko, byle to już mieć za sobą. Walczyłam na oślep. Wiele czasu poświęcałam na odczytywanie zachowań innych, i dopasowywanie do tego swoich działań. Tak by jak najlepiej odnaleźć się w sytuacji. W wyniku tego wszystkiego, w niczym dobrze się nie odnajdywałam. Ludzie wyczuwali mój fałsz, negatywne nastawienie do własnej osoby – czuli, że coś nie gra i odsuwali się. Pozostały jedynie wampiry energetyczne albo kaci, którzy odgrywali w relacji ze mną własne role, własne schematy. Osoby z wiadomością odbierałam jako karę, niekończący się pech do ludzi. Nie wiedziałam, że są odbiciem mnie i moich najskrytszych traum. Zobaczenie tego umożliwiło mi dopiero „bycie w procesie”. Jak?

Tak, że pracując nad sobą już pewien czas, widzimy więcej – jesteśmy bardziej uważni. I na szczęście dowiadujemy się wtedy, że na coś wpływ jednak mamy. Wpływ na SIEBIE. A od zrozumienia tego WSZYSTKO się zaczyna. Dzięki temu przestajemy walczyć z wiatrakami.  

Zaczynamy leczyć nasze traumy, przerywać toksyczny wstyd, przestawać odgrywać toksyczne role. Możemy zmienić tym działaniem naszą aurę, wejść w kontakt z własnym JA. Z czasem osoby żyjące na wysokich wibracjach zaczną z nami rezonować, wyczuwać naszą autentyczność. To jednak z czasem. Najpierw należy skupić się na sobie. Odczytywać wiadomości. To długi proces. Jestem już w nim 5 miesięcy a cały czas „łapie” się na przeróżnych schematach, które odgrywam. Oczywiście bardzo to za każdym razem doceniam, dla mnie takie odkrycie to ogromny sukces. Jak to widzę, to mogę to powstrzymać, zapanować nad tym i zrobić inaczej, po mojemu (cudownie to brzmi „po mojemu”). To świetna okazja na polepszenie jakości swojego życia. Ale po kolei.

Wszystko zaczyna się od dania sobie pozwolenia na czucie. Nie od razu będziemy czuć „na bieżąco”. Na początku musimy skupić się na przeszłości. Stłumione dawne emocje znajdując ujście, wylewają się niczym tsunami. Nie ma co się dziwić, jak odcinaliśmy się tak długo i tak mocno. Emocje nie znikają kochani, emocji nie da się zmienić. Możemy je albo poczuć i uwolnić albo się na nie zamknąć. Jednak odcinając się, nie sprawimy, że one znikną, wręcz przeciwnie – zaczną w nas krzyczeć, przypominać się o odczytanie. Tak to działa. Więc jak pozwolimy temu w końcu wyjść, otwierając te drzwi, na które napierało tak dużo, to najpierw to wszystko wpadnie nam z hukiem do środka. Będzie ciężko. Ja często nie wiedziałam już co myśleć, za co najpierw się zabrać. To naturalne. To bardzo ciężki proces. Warto wspomóc się terapią, kimś doświadczonym. Kimś kto przeprowadzi nas przez najtrudniejsze, pokaże jak (ja sama zapisałam się na kurs w tym kierunku, z czego bardzo, ale to bardzo się cieszę). Więc otwieramy te drzwi, i gdy przeleci ta pierwsza fala, gdy przeprocesujemy ją – to zrobi się klarowniej. Emocje zaczną wołać delikatniej, ustawiać się w kolejce, wzbudzimy regularną pracą ich zaufanie – łatwiej będzie nam się skupić. Energia w nas zacznie naturalniej przepływać i zaczniemy odczuwać teraźniejszość. I wtedy, zauważymy nowe rzeczy – rozszerzy nam się percepcja. Zaczniemy widzieć, czuć więcej. Poczujemy na przykład, że to co właśnie automatycznie zrobiliśmy – nie odpowiada nam. To da nam sygnał, by się temu dokładniej przyjrzeć. Podam Wam konkretny przykład. Pozornie błahy, aczkolwiek dla mnie bardzo trudny i wyczerpujący.

W tym tygodniu, koleżanka z biura była zdenerwowana, nie uśmiechała się, nie chciała rozmawiać. W pierwszej kolejności bez namysłu weszłam w tryb „na pewno jest zła na mnie”, „na pewno zrobiłam coś co ją zdenerwowało”, „na pewno jest na mnie obrażona”. Nie dawało mi to spokoju nawet tego wieczoru w domu. Wiedziałam, już wtedy, że to nie jest dobre. W drugiej kolejności nie mogąc już znieść tego uczucia wyimaginowanej winy, zaczęłam się złościć na nią, za to że we mnie to wywołała. Wszedł mi etap obronny. To tak jakbym chciała zrzucić z siebie odpowiedzialność za swoje emocje i przerzucić na kogoś innego. Zaczęłam ją oceniać : „co za królewna”, „no już niech nie przesadza”, „przecież nic się złego nie dzieje”. I tu uwaga. Pojawił się dysonans, uczucie dyskomfortu z tym co myślę a z tym co czuję. Coś mi nie pasowało. Fajnie, doceniam to bo wcześniej tak nie miałam. Dałam temu przestrzeń i pozwoliłam by umysł z ciałem ustalił o co mu chodzi. Przyszła myśl. Myśl o tym, że sama od pewnego czasu akceptuje w sobie wszystkie emocje. Szczerze wierzę w autentyczność i bardzo ją sobie cenię. Kiedy jestem smutna, to jestem smutna. Kiedy jestem zła to jestem zła. Nie uśmiecham się, jeśli nie mam ochoty. Szczerze wierzę i rezonuje ze mną przeświadczenie, że jest to podstawowe prawo każdego człowieka. No i właśnie. Stąd ten dysonans. Robię coś co nie jest zgodne ZE MNĄ. Przyglądam się dalej i myślę : Czemu tak wariuje?. Czemu tak bardzo potrzebuje usłyszeć jaki ma powód, upewnić się że to nie moja wina.? I dopiero po tej długiej drodze zrozumiałam co robię. Zrozumiałam, że odgrywam schemat z dzieciństwa. Schemat lęku, schemat ofiary. Czucie tego „odrzucenia” wywołanego przez koleżankę było dla mnie tak ciężkie – że wolałam w swojej głowie odebrać tej biednej dziewczynie z pracy prawo do przeżywania własnych emocji niż zrozumieć o co w tym naprawdę chodzi. To cecha toksyczna, nie chce jej. Nie czuję się z nią dobrze. Nie czuje się z nią komfortowo. To nie moje. Zwracam to i mówię nie dziękuję. Zamiast skupiać się na tej koleżance, już wiedziałam że muszę zmienić pole frontu i skupić się na sobie. Wejść w to. Zobaczyć tą przestraszoną dziewczynkę we mnie i postarać się ukoić jej lęk. Wrócić do sytuacji, w której to wszystko się zaczęło. Do stłumionej emocji, która chce być uwolniona. Zauważenie tego naprawdę nie było łatwe. Pochłonęło to MASĘ mojej energii. To są bardzo ciężkie działania, bardzo złożone procesy. Ale warto. Walczymy o odzyskanie siebie. O powrót do naszego wewnętrznego domu. Co może być ważniejsze? Ostatnio w mojej głowie, pojawiła się – w moim odczuciu piękna – alegoria na temat odzyskiwania prawdziwego JA.

Proces jest jak walka z wewnętrzną rzeką. Czujesz zagrożenie z jej strony, nie myślisz czemu. Działasz instynktownie, wskakujesz do tej rzeki i walczysz z tym nurtem, próbujesz zatrzymać, uderzać, blokować, podtapiasz się – ostatkiem sił wypełzasz na brzeg ledwo żywy, nie dajesz rady. Upadasz na ziemię. Za każdym razem scenariusz się powtarza. Zaczynasz tej rzeki nienawidzić, płaczesz nad własnym losem. Nie ruszasz się z miejsca, bo dokąd miałbyś pójść – za sobą widzisz tylko ciemny las, nie chcesz już do niego wracać. Starasz się i mimo to cały czas przegrywasz. Zaczynasz widzieć, że nie da się tego pokonać, zauważasz, że próbujesz wpłynąć na coś co jest poza Twoim zasięgiem, na coś na co nie masz wpływu. Rzeka i tak będzie płynąć. Zastanawiasz się na co właściwie masz dzisiaj wpływ. Zadajesz sobie pytania. Czemu tak naprawdę lękam się tej wody? Może czuje się w potrzasku bo chce jak najdalej uciec od tego lasu a droga prowadzi tylko przez wodę? Może boje się, że robię się z każdą przegraną coraz słabszy, że kurczę się i robi się w niej coraz głębiej i że w końcu nie wypłynę? Przypominasz sobie momenty w życiu, w których czułeś się równie słaby, bezsilny. Myślisz o tym, dajesz sobie czas. I przypominasz sobie początek swojego życia. Pamiętasz jak na początku każdy rodził się z jednym celem – było nim zbudowanie mostu. Wraz z urodzinami dostawało się do ręki młotek(emocje), co jakiś czas nowe materiały(opatrzność) i każdy mógł budować wg własnego upodobania. Starsi i młodsi, był to indywidualny proces. W większości Ci młodsi mieli starszych do pomocy. Ty też powinieneś kogoś mieć, niestety przypominasz sobie, że Ty byłeś sam. Rodzice byli zajęci swoją niedokończoną budową, która nie miała się najlepiej. Starałeś się być dobrym dzieckiem, pomagałeś im nawet w ich budowie, oddawałeś część swojego materiału, użyczałeś własnego młotka. Jednak gdy wracałeś do siebie, byłeś bardzo zmęczony. Często nie wychodziło Ci tak jak chciałeś, potykałeś się i wpadałeś do wody. Nie raz raniłeś się też o drewno, nie potrafiłeś się z nim obchodzić, nikt Cię nie nauczył, rodzice też byli o nie poranieni. Porównując się do innych widziałeś, że jesteś w tyle. Zrażony marnymi efektami i zbyt dużym kosztem, spisałeś budowę na straty. Swoje materiały oddałeś innym, młotek wyrzuciłeś do wody. Porzuciłeś swój projekt. Czasami było Ci wygodnie samemu, jednak gdy przychodził deszcz – inni chowali się pod budowlami rodziców bądź swoimi. Ty nie miałeś schronienia, nie było wyjścia – wybrałeś las za sobą. Czułeś się gorszy. Było to dla Ciebie tak bolesne, że nie chciałeś o tym myśleć, nie chciałeś patrzeć jak inni świetnie sobie radzą, przestałeś z tego lasu wychodzić, z czasem – zupełnie zapomniałeś o swoim moście. Teraz jednak przypomniałeś sobie i postanawiasz iść w tamto miejsce budowy. Odnajdujesz je i widzisz, że most jest tak słaby, że zaraz runie. I jak staniesz na niego choć raz – zawali się. Widząc go, łzy napływają Ci do oczu, przypominasz sobie jak cudownie było mieć cel w życiu. Woda w tym miejscu zrobiła się bardziej wzburzona i głęboka niż kiedyś. Boisz się bardziej niż kiedykolwiek. Patrzysz na ten most, i przypominasz sobie jak każdy się z niego śmiał, mazał go i kopał. Nikt nie wierzył, że prowadzi do czegoś wartego uwagi. Boli Cię to jak on wygląda, przypominasz sobie jak piękny kiedyś projekt na niego miałeś. Myślisz sobie : Może potrafiłbym go wzmocnić? Może kiedyś nie szło mi najlepiej, ale w tym lesie nauczyłem się wielu przydatnych rzeczy, no i dzisiaj jestem silniejszy, mądrzejszy, dzisiaj mógłbym to zrobić! Niestety nie masz młotka. Jest niezbędny więc ryzykujesz. Walczysz o swój most. Wskakujesz do tej wody raz jeszcze, ale inaczej – nie walczysz już z nią. Wpływasz pod powierzchnię i płyniesz na samo dno. Musisz trochę pogrzebać w mule, ponieważ minęło sporo czasu. Udaje się i czujesz w rękach dawno wyrzucony młotek. Łapiesz go i wypływasz. Doceniasz jak dobrze, że go znalazłeś. Wiesz już, że bez niego nic byś nie mógł zrobić. A dzięki niemu budowa tym razem ma szansę być solidna. Idziesz, próbujesz, nie poddajesz się i ostatecznie wzmacniasz ten most. Trwa to wiele czasu, ale nie poddajesz się. W końcu udaje Ci się. Stajesz na nim, dumny z siebie bardziej niż kiedykolwiek. Zatrzymujesz się na chwilę. Czujesz, że coś się zmieniło. Patrzysz na las, który był za Tobą cały ten czas. Z mostu widać go lepiej, nie wydaje się już taki ciemny. Zaczynasz rozumieć i doceniać, że przez długi czas to właśnie on był Twoim schronieniem, że to właśnie w nim nabrałeś sił by przetrwać i zbudować swój most – dziękujesz mu za wszystko. Patrzysz w dół na wodę, jest już dużo spokojniejsza i bardziej przejrzysta. Jest piękna. Czujesz ogromny szacunek. To ona była Twoim nauczycielem. To ona zachowała na swoim dnie młotek, abyś mógł po niego wrócić. Nachodzi Cię wspomnienie jak niegdyś walczyłeś z nią. A dzisiaj uśmiechasz się do niej jak do najlepszej przyjaciółki – wiedząc, że już zawsze będziesz jej wdzięczny. Bierzesz oddech, na tyle ufasz temu co zbudowałeś, że wiesz, że możesz iść dalej. Znajdujesz się na drugiej stronie mostu. Stajesz i czujesz się swobodnie. Wiesz, że to Twoje miejsce na ziemi. Siadasz na trawie i wiesz, że tutaj należysz, że tylko Twój most mógł doprowadzić Cię do tego miejsca. To wszystko cały czas na Ciebie czekało, od zawsze było Twoje. Czujesz się bezpiecznie, bo po prostu wiesz, że nie ważne jak daleko i w którą stronę pójdziesz, zawsze będziesz już po dobrej stronie mostu.

Wzruszyłam się pisząc to, ale to jest moje odczucie. Tak postrzegam walkę o siebie. Tak postrzegam odzyskanie swojego wewnętrznego domu. Jak miałabym nie docenić tych wszystkich wiadomości. Tego lasu? Tej rzeki? Gdyby nie to wszystko, to wiecznie leżałabym wycieńczona na brzegu i płakała nad własnym losem. Spójrzcie na to z boku i oceńcie na moim przykładzie. Nasza zmiana zaczyna się od walki i otwarcia puszki Pandory. To może być przerażające, ale po tym nie jest już tak strasznie i robi się spokojniej. Wtedy zaczyna liczyć się konsekwencja w działaniu. Małymi krokami do przodu. Dlatego tak bardzo istotne jest by być świadomym, uważnym. Zauważać nawet najdrobniejsze sygnały, emocje. Wydawać by się mogło bezsensowna sytuacja w pracy, doprowadziła do mojego głębokiego procesu. I o to tu chodzi. Bo kiedyś nawet drobne rzeczy bardzo nas raniły, byliśmy bardzo delikatni, trzeba brać to pod uwagę. Pamiętać, że uzdrawiamy dziecko, a ono myśli na trochę innych kategoriach. Kategoriach absolutnych. Ignorowane dziecko – czuje się niekochane. Nie analizuje głębiej, zamyka się w sobie. Dlatego bądźmy delikatni. Wszystko zaczęło się od lekkiego poczucia dyskomfortu w obliczu oceniania koleżanki. To był na tyle mały lekko wyczuwalny sygnał, że jestem pewna, że wcześniej na pewno bym tego nie zauważyła. Zostało by zasłonięte przez poczucie krzywdy, zatopienie się w poczuciu niezadowolenia, byłabym zbyt zajęta przeklinaniem swojego losu i ludzi, których spotykam, że są wredni nieprzyjemni. Wolałabym pewnie poszukać jakiegoś pocieszacza w postaci koleżanki czy biednego M. któremu bym całą sytuację zdemonizowała, tak by pasowała poziomem do tego jak podle się czuję i pływałabym w poczuciu żalu do swojego życia. Niczym rozhisteryzowane dziecko. Niestety. Dlatego tak bardzo się cieszę. Cieszę się, że coraz bardziej żyję wg mojej prawdy, która odsłania wszystkie niepasujące elementy. Cieszę się, że jestem w stanie odczytywać sygnały od mojego JA. Widzę, że robię dobrze. Widzę, że moje życie idzie do przodu. Widzę, że skrupulatnie buduje swój most. A on doprowadzi mnie do mojego wewnętrznego domu. Każda osoba, która wzbudza we mnie głębokie emocje – jest jak dodatkowa deska. Każdy znak, przekaz od mojej duszy jest jak stabilny gwóźdź, utrzymujący mnie w ramach. Intensywność moich emocji pokazuje mi punkt odniesienia, jak daleko jeszcze mam do drugiego brzegu. Już teraz czuję, że poziom mojego życia niesamowicie wzrósł. I ten poziom nie wyznacza to jak mało schematów pojawia się w moim życiu na dany okres. Nie zależy on od tego jak nieskazitelnie zaczęłam się zachowywać w stosunku do siebie i innych. Poziom mojego życia to każdy dzień, który kończę i zaczynam z uśmiechem. Poziom mojego życia to każdy stawiany przeze mnie krok do przodu. Każde uhonorowanie wiadomości, każde nawet najmniejsze przechwycenie sterów nad własnym projektem budowy zwanym życiem. Każdy promień światła mieniący się we mnie. Coś dzięki czemu wrastam. Bo życie to niekończąca się droga. Dlatego nawet gdy odnajdę swój wewnętrzny dom – to nie myślę leżeć bezczynnie na tej trawie, odpocznę chwilę i ruszam dalej wzrastać.

Magda K.

%d blogerów lubi to: