Hakuna Matata

Przepełnia mnie wdzięczność. Wdzięczność za moje odzyskane życie. Za każdą z moich emocji. Za świadomość istoty swojej drogi. Nastąpił czas luzu, trwa dłużej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie boję się już jutra. Ruszam do przodu, każdego dnia i cieszę się każdym momentem – traktuje przydarzające mi się wyzwania jak lekcje, wiadomości od duszy, okazje by wzrosnąć – i żyje mi się z tym cudownie.

Czytając moje posty wiecie, że zaczynam od podstaw. Wielokrotnie zadawałam sobie najbardziej podstawowe pytania. Dzisiaj chciałabym zaktualizować informacje, że ostatnio coraz więcej mi się rozjaśnia. Wiem, że nie jestem jedyna i moje doświadczenia (mam nadzieję) mogą komuś pomóc. A więc co mi najbardziej pomogło? Regularne medytacje. Czasami wysyłam intencje, czasami nie myślę o niczym. Nie mam absolutnie żadnego planu. Miejsce nie jest ważne. Owszem, staram się przebywać w kojących miejscach, dbać o swoje poczucie piękna, nasycać je. Ale nie jest to zawsze las i śpiew ptaków. O nie, nie. Wczoraj np. poczułam wenę do medytacji kiedy zszywałam dziurawy dres w kroku. I medytowałam, nie potrzebowałam specjalnej scenerii, nic nie było w stanie mi przeszkodzić. Po prostu, bez spiny. Za każdy razem, pełna miłości, czułości i zrozumienia, życzę sobie jak najlepiej i daje sobie popłynąć, często przy ulubionej mantrze. Oczyszczam głowę. Wypełnia mnie wtedy takie cudowne kojące światło. Często po dłuższym czasie, coś samo do mnie przychodzi. Pewne przemyślenia. Nie jest to jednak na poziomie umysłu. Moje myśli są wtedy pokierowane tym, co czuję w danym momencie. Ja to uznaje za cudowny stan połączenia z duszą. Traktuje wszystko co do mnie wtedy przychodzi jako swój drogowskaz. I na tej bazie, dzięki temu dochodzę do pewnych wniosków. Na spokojnie, bez pośpiechu. Daje sobie czas, nie wymagam niczego – to bardzo wzmacnia ducha. Dzięki temu, przestałam obsesyjnie myśleć o tym kim jestem. Myślałam, że jak odpowiem sobie na to pytanie to będę się czuła spełniona, wartościowa, że coś w końcu mnie określi i będę kimś. Nie potrzebnie marnowałam na to energię. Medytując pewnego razu przyszła do mnie uzdrawiająca myśl na ten temat. Dosłownie odnalazłam siebie poza wszelkimi schematami. Odpowiedzi przychodzące do mnie choć niestandardowe – były za każdy razem jakby skrojone na miarę, idealnie dopasowane do mnie – koiły w pełni moją ciekawość, układając cały chaos w głowie. Uzdrowiłam się z poczucia, że muszę pasować do jakiegoś znanego mi modelu postaci. Jestem tak różna i za każdy razem tak właściwa. Akceptacja, miłość, wolność. To oddaje mojego ducha, tym jestem. Podczas medytacji, myśli same zaczynają płynąć mi w kierunku moich największych niepewności – zawierzam, odpuszczam kontrolę i pozwalam się uleczyć. Im głębiej wchodzę ze sobą w relację, tym bardziej czuję, że życie staje się dla mnie komfortowe. Komfortowe – to słowo bardzo dokładnie przeze mnie tutaj wybrane. Wcześniej czułam się bardzo niewygodnie, wiecznie miałam poczucie dyskomfortu nie tylko psychicznego ale również fizycznego. Mogłam stać bez ubrań a i tak miałam poczucie jakby coś mnie ciągle opinało, jakbym nosiła za małe ciuchy. Kojarzycie to uczucie? Na klatce piersiowej wieczny ciężar, chodzi się zgarbionym i wiecznie coś jest nie tak. Zauważyłam, że dzięki tym praktykom odpuściło mi to wszystko i czuję się po prostu lekka. Nie rozpraszam się już tak jak kiedyś, potrafię skupić swoją uwagę na dużo dłużej, nie mam chęci ucieczki. Bez tych obciążeń przeszłości zaczęłam rezonować z tym co znajduje się w chwili obecnej. Tym samym zaczęłam żyć w stylu Hakuna Matata. Tak pięknie to brzmi 🙂

Nie łudzę się, wiem że nie uwolniłam w pełni wszystkich traum. Podczas procesów czuję, że coś tam jest jeszcze zblokowane ale sama nie potrafię wprowadzić się tak głęboko. Mam coraz mniej triggerów. Coraz rzadziej jestem zła czy smutna. I to jest ok. To po prostu kolejny etap. Podjęłam już konkretne kroki by się tym efektywnie zająć z profesjonalistą. Zaczynam we wtorek i bardzo się cieszę. Mój M. pracuje wtedy poza domem. W weekend podszedł do mnie i zapytał czy na ten dzień ma wziąć wolne, czy przyjechać do domu w razie gdyby mnie coś mocno rozwaliło. Ja mu na to ze szczerą lekkością w głosie : Kochanie, ja mam nadzieję, że to mnie mocno rozwali – im mocniej tym bardziej będę mogła to uleczyć, czekam na to ❤ Uśmiechnął się i spojrzał na mnie dumnie. Myślę, że go uspokoiłam. Mój cudowny obrońca. Możesz w końcu odsapnąć. Tutaj muszę iść sama ❤ I właśnie z tego swojego podejścia jestem taka dumna. Jakby nic nie mogło mnie ruszyć. Ja się cieszę, że doszłam do tego miejsca. Wszystko co we mnie jest właściwe, wszystkie traumy pragnę tak bardzo przytulić i uzdrowić. Dopóki mogłam, to pracowałam sama, ale spodziewałam się, że przyjdzie taki moment, w którym sama nie będę mogła ruszyć dalej. Wiedziałam, że muszę najpierw poczuć o co w tym wszystkim chodzi, zbudować filary mojego Ja, oczyścić się z tego co potrafię a potem zasięgnąć pomocy. Dla mnie to kolejny etap, krok do przodu. Nie ma nic ważniejszego niż zadbać o siebie. Nie ryzykować, nie iść na skróty, nie siadać na laurach. A więc, tak jak sobie przysięgałam. Obecna, zgłaszam się – gotowa do akcji.

Jeszcze jedno. Kochani dzisiaj wyjątkowy dzień – Mam nadzieję, że każdy z Was znajdzie chwilę dla swojego wewnętrznego dziecka. Ukłońcie się nad Waszą relacją. Może spacer? Wspólny rysunek? Taniec do ulubionej muzyki? Możecie to zrobić gdy własne dzieci pójdą już spać. Opcji jest tak wiele, bądźcie kreatywni i nie ograniczajcie się – wyrażajcie się bez skrępowania, wszystko jest właściwe.

Wiem, że dla niektórych ten dzień może być wyjątkowo trudny. Szczególnie Was zachęcam. Pobądźcie ze sobą. Może jakaś intencja prosto z serca? Może to odpowiedni dzień by za coś przeprosić? Obiecać coś temu dziecku? Wy wiecie czego mu trzeba. Zrzućcie ten ciężar z serca. Zróbcie krok w kierunku uzdrowienia. Za rok to święto może być dla Was o wiele weselsze. Wszystko w Waszych rękach ❤

Całuje mocno. M.K

%d blogerów lubi to: