Kwietniowa Jutrzenka

Photo by Kaboompics .com on Pexels.com

Kochani. Od rana wracam myślami do początków mojej pracy, do tej walecznej ale i zagubionej mnie z przed paru miesięcy. Mam cudowną możliwość, dzięki moim zapiskom obserwować – ile w moim życiu się zmienia i jaki postęp robię. Spójrzcie. Chociaż było ich wiele, na dole wstawiam tekst, przy którym moje oczy zatrzymały się dzisiaj wzruszone. Napisałam i wstawiłam go na swoją grupę wsparcia w kwietniu. Taki krótki okres czasu minął, a tyle w życiu może się zmienić. Czytając go wyraźnie można wyczuć różnicę z tymi bieżącymi wpisami. Tak bardzo jeszcze żyłam w przeszłości. Mogłabym opowiadać i opowiadać o tym co mnie spotkało. I dobrze, tego mi było trzeba – zająć się tym co żywe, wyrzucić z siebie co nie moje w sposób świadomy i dać sobie to czego mi brakowało. Pochylam się nad sobą i nad bólem, który czułam pisząc to. Byłam jeszcze w trybie obrona-atak, dowiadywałam się dopiero o swoich granicach. To był początek mówienia mojej prawdy na głos. Tak bardzo byłam piętnowana za swoje zdanie, i tak to sobie zakodowałam, że po pisaniu takich tekstów, będąc z dala od krytyki – wymyślałam i bałam się jakiejś kary boskiej. Jakby schemat kary musiał się wypełnić. Musiałam to w sobie przezwyciężyć. Bardzo trudny, ważny i uwalniający dla mnie moment. Byłam wtedy w procesie już 4 miesiące i nadal wyrzucałam z siebie cały żal bardzo intensywnie. Zobaczcie jak stawiałam te pierwsze kroki. W tekście oprócz ewidentnie krzyczącej rany odrzucenia wyraźnie czuć nadzieję. Bardzo starałam się to wszystko sobie poukładać, aby się nie pogubić. To wygląda prawie jak konspekt. Wzruszam się w momentach wsparcia, obrony samej siebie. Jednak zauważcie, że nie byłam jeszcze wtedy gotowa być dla siebie zbyt czuła. Blokada czułości do samej siebie odpuściła mi po jakichś 2 tyg. intensywnej pracy po napisaniu tego. Hej, bez spiny, po kolei. Bardzo cieszę się i doceniam, że już wtedy starałam się odpowiednio wykorzystywać to co do mnie przychodzi. To jest taka podstawa, zawdzięczam temu „wczorajszemu” podejściu „dzisiejsze” szczęście. Etap takiego oczyszczania się z najgorszego trwał dla mnie bardzo długo. Nie raz miałam już dosyć, padałam bezsilnie – ale im bardziej czułam się rozżalona, tym bardziej starałam się to z siebie wyrzucać – wiedziałam, że nie ma innej drogi, czułam też, że ten sposób naprawdę na mnie działa. W końcu zrobiło się dużo lżej. Także na moim przykładzie zobaczcie, jak ważna i opłacalna tutaj jest systematyczność. Procesowanie stłumionych emocji i kontakt z duszą! Wstawiam to dla osób, które są na początku swojej drogi – mam nadzieję, że ku pokrzepieniu ducha – nie poddawajcie się! I to nie jest tak, że ja od początku tak pięknie siebie wspierałam. Specjalnie wstawiam tekst z etapu, w którym już coś miałam poukładane, żebyście coś z tego wynieśli. Ale typowe początki początki, to były u mnie pełne wątpliwości brudne listy pisano-krzyczane, pytania pełne złości, oskarżenia, teksty pełne przekleństw, darcie się, uderzanie w łóżko, rzucanie się na nie i ryk w niebogłosy – policzki miałam poparzone od soli z łez, naczynka mi popękały na twarzy i dekolcie tak to z siebie wyrzucałam. Bo to jest bardzo mocne, i bardzo ciężkie. Dlatego siebie tak bardzo w tym potrzebujemy. Trzeba być przy sobie, wspierać się, okazywać bezwarunkową miłość. Właśnie w takich momentach najbardziej, nie ma co udawać i tego w kwiatki przyozdabiać. To co z nas wychodzi na początku to jest sam szlam, bagno, kwas – coś co oddajemy – to jest bardzo ważny etap, trzeba sobie na to w pełni pozwolić – później gdy zaczynamy troszkę siebie odnajdywać, zaczyna prześwitywać trochę światła – to światło to dopiero my. Gdy już trochę go zgromadzimy, chcemy się dzielić. Z tej chęci – moje pisanie. Nie poddawajcie się, doceniajcie swoje wysiłki, postępy, świętujcie swoje najmniejsze sukcesy. Ja dzisiaj dziękuje sobie z całego serca, patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, nie potrafię wyobrazić sobie jak wdzięczna będę sobie za rok, dwa, 20,50. Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie spojrzeć na siebie w lustrze z spod białych rzęs z miłością i z wdzięcznością, by z uśmiechem docenić swoje życie jako cudowną podróż, pełną przygód po drugiej stronie mostu.

Zapraszam do czytania.

Kwiecień 2020 Etap pełen niepewności, złości, żalu, smutku, łez – ale i nadziei.

„Chciałabym podzielić się pewnymi przemyśleniami. Zauważyłam trigger i skutki w postaci niechęci do życia, po oglądaniu serialu i postanowiłam to przepracować. Poniżej wnioski skąd u mnie takie emocje. Powodem dla którego piszę to na grupie jest uwolnienie tych historii „w świat”. W „domu” zabraniano mi mówić moją prawdę, wiecznie był to temat taboo (wmawiano mi że to istnieje tylko w mojej głowie). Jest to prawda. Jest to obrzydliwy bagaż, który sukcesywnie wyrzucam, wypluwam z siebie jak żółć. I będę o tym mówić ile mi się podoba i komu chcę. Koniec z taboo. Tfu!

Trigger : Oglądanie serialu Przyjaciele i Pełna Chata – wyzwala we mnie zaskakująco duże pokłady smutku i żalu.

Dzień wolny, dresy, kawa, comedy central – maraton serialu Przyjaciele i Pełna Chata. Ale super – myślę. Oglądam cały dzień (z małymi przerwami na porządki) przejęta odcinkami i całą rozgrywką akcji. Seriale się kończą, dzień minął bardzo szybko, jest wieczór. A ja?… Czuję się fatalnie. Czuję pustkę – co się właśnie stało? Przecież tak świetnie się bawiłam. W głowie myśli : „Nie chce mojego życia, ich życie jest lepsze chce tam wrócić, zamienić się”… w sobie czuję już co się święci, nie popadam w melancholię tylko korzystam z okazji mówię sobie : O-o, nadchodzi porządny TRIGGER. Od czasu nauki pracy z WD czytam swoje emocje, odczytuje je jako ważne informacje. Tak było i w tym przypadku. Kładę się na łóżku i zaczynam się wsłuchiwać. Jestem tu, mi możesz powiedzieć wszystko.

Poniżej emocje które odczytałam, chcę się nimi z Wami podzielić.

Od zawsze marzyłam o grupie przyjaciół na których mogłabym polegać oraz którzy zaufaliby mi i polegali by na mnie. Zawsze chciałam nie tylko brać ale i dawać. Byłam pierwsza do wymyślania niespodzianek, pieczenia ludziom tortów na urodziny, długich rozmów przez telefon, przesiadywania u siebie na kawie bez zapowiedzi. Odkąd pamiętam trafiałam na same toksyczne osoby w moim życiu. W każdym z „etapów” dorastania miałam „przyjaciółkę” – daje to słowo w apostrof, ponieważ te osoby daleko odbiegały od definicji przyjaciela. W podstawówce moja „przyjaciółka” była bardzo fałszywa, wyzywała mnie i wyśmiewała przy każdej możliwej okazji. Bawiła się ze mną w sposób – Ty mi daj wszystko, a ja Tobie nic. Pamiętam jak raz wrzuciła moją kurtkę w kałużę błota przy innych dzieciach. To była traumatyczna znajomość. Była to również ulubiona wspominka mojej mamy i siostry.. zawsze rozbawiało je to i mówiły to zaśmiewając się mniej więcej tak „ haha pamiętasz jak ze swoją przyjaciółką wrzucałyście sobie bluzy do błota? Hahaha” (cała rodzina w śmiech bo zawsze mówiła to w trakcie obiadu, przyjęć różnego rodzaju). Wcale nie przestawały tak robić gdy miałam 9,15,18,25 lat. Bardzo mnie to raniło, mama szczególnie miała wiele takich ulubionych historii – nie zdziwię nikogo jak powiem, że każda była mieszanką mojej porażki i wstydu, które bawiły wszystkich oprócz mnie. Nienawidziłam tego. Nienawidziłam bo się śmiała, śmiała się zamiast wkroczyć i jako opiekun pomóc zrozumieć, że to nie tak powinno wyglądać, że nie zasługuje na złe traktowanie, albo pokazać czym jest przyjaźń, nigdy nie usłyszałam „Hej kochanie, wydaje mi się, że skoro ta osoba tak Cię traktuje to znaczy że nie jest Twoim prawdziwym przyjacielem i nie powinnaś tracić na nią czasu”. (tak jak powiedziałam to sobie podczas procesowania). Zawsze również przerzucała sporą część winy na mnie. Nienawidziłam tego. W dalszych latach miałam podobnie toksyczne relacje z rówieśnikami. Osoby na których nigdy nie mogłam polegać, które były mi nieżyczliwe i które brały garściami ode mnie. Pamiętam jak w gimnazjum moja „paczka” smsowała o moim przyjęciu urodzinowym, pisali o tym, że „nie chce im się iść na tej jej urodziny” – jeden z smsów trafił przez przypadek do mnie. Liceum, Studia – ciągle schematy się powtarzały. Byłam wściekła na los za taki obrót spraw. Zawsze pałałam zazdrością do siostry (różnica wieku 2 lat), która w każdym wieku miała naprawdę pokaźne grono znajomych, składających się z tych poznanych w młodym wieku i tych nabytych w każdym kolejnym. Przyglądałam się jej i jej przyjaciołom, żyłam ich życiem obserwując je z boku, nasłuchując zza ściany – zupełnie jakbym patrzyła w ekran serialu Friends… Zrozumiałam analogię, jestem wdzięczna za ten trigger. Skupiłam się na uczuciach, brnęłam dalej, chciałam je poczuć bardziej. I poczułam wyraźnie, z jednej strony wielka zazdrość o przyjaciół, a z drugiej to że ja na własną siostrę nie mogłam nigdy liczyć, przywtórzała matce podczas niesprawiedliwych osądów, nigdy nie pocieszała mnie, wyganiała z pokoju, mówiła podłe rzeczy. Mama koło 11 roku życia zaczęła porządnie karać mnie m.in. biciem po twarzy i szarpaniem za włosy za „nieposłuszeństwo i brak szacunku”. Objadanie się w tamtym okresie miało swoje epicentrum. Jako 12-latka ważyłam już 85 kg (połowę tyle co koleżanki z klasy). Byłam totalnym wyrzutkiem, nawet we własnym domu. Kiedyś dowiedziałam się, że moja siostra chodzi z jedną ze swoich przyjaciółek do psychologa, jej przyjaciółka miała nerwicę, więc moja siostra opiekowała się nią, wysłuchiwała wspierała godzinami, moja mama umawiała się z tą dziewczyną na naukę szydełkowania i rozmawiały tak godzinami. Na moje krzywdy i problemy siostra i mama były nieczułe. Mama uznała, że moja terapia „to wydawanie jej pieniędzy za obsmarowywanie ją błotem”, a kiedy poprosiłam siostrę czy nie poszłaby ze mną do psychologa, ponieważ jest mi bardzo ciężko usłyszałam : „Jezu chyba nie myślisz że będę z Tobą tam łazić”. Byłam wtedy po kilku próbach samobójczych. Nie rozumiałam dlaczego siostra i matka są tak czułe dla wszystkich wokół, a dla mnie tak bezwzględne, moje wnioski były wtedy takie, że jestem po prostu gorsza od całej reszty. Nigdy nie mogłam na nie liczyć, były bardzo okrutne. Nawet zdarzyło się, że koleżanki siostry były w jej obecności i mojej mamy dla mnie podłe, nikt się za mną nie wstawił, nawet własna matka. Kiedyś w wieku 23 lat po wielu pracach nad poczuciem własnej wartości zebrałam się w sobie i podczas ataku na siebie zaczęłam się bronić, powiedziałam jak się czułam przez te wszystkie lata, powiedziałam siostrze, że powinna się wstydzić, że wspierała swoje przyjaciółki a własną siostrę zostawiła na pastwę losu – odpowiedziała bez mrugnięcia patrząc mi prosto w oczy : „Może nigdy nie byłaś warta mojego czasu i uwagi”, matka wtedy dodała z poważną miną i współczuciem „Jesteś chorym dzieckiem”. Te słowa przebiły mnie na wskroś. Nie uznały nawet 1% mojego bólu, nie okazały nici współczucia. Wpadłam w histerię, wybiegłam do „siebie” (mieszkałam wtedy w starym pokoju po babci, w bloku ulicę dalej wygnana po jakiejś kłótni) płakałam tak strasznie, że nie mogłam dźwignąć się z tego przez cały tydzień. Takich sytuacji było mnóstwo. Dałam sobie wiele współczucia podczas tego procesowania. Wiem, czuję że jest to na tyle złożona emocja, że będę ją procesować jeszcze wiele razy z różnych stron. Jestem wdzięczna, za ten trigger i że posiadam wiedzę dzięki której rozumiem istotę emocji. Moje stany przygnębienia stały się drogocenną informacją i szansą na odzyskanie coraz to kolejnej cząstki mnie. Teraz wiem, że oglądanie takich seriali jak Przyjaciele i Pełna Chata gdzie wszyscy mogą na siebie liczyć, gdzie każdy za każdego wskoczyłby w ogień – to jest moje wielkie niespełnione pragnienie i na razie nie będę tego robić, skupię się na rzeczywistości. Dziś mam 28 lat i nadal nie mam żadnej przyjaciółki. Oczywiście mam koleżanki, mam swojego ukochanego partnera ale przyjaciółka to coś innego. Wiecie co się zmieniło? Nie rozglądam się wokół za przyjaciółką, nie rozglądam się wokół za osobą, która zastąpi mi Matkę, siostrę. Robiłam tak. Próbowałam szybko zmniejszyć dystans i sprawić by te osoby pokochały mnie i wypełniły mi te moje pragnienia. Teraz już wiem, że to niemożliwe. Te osoby nie są w stanie tego zrobić, nawet gdyby chciały. Jedyną osobą, która może to sobie dać – jestem JA. Nie będę kłamać – łatwiej by było, mieć super rodzinę od samego początku jak w Pełnej Chacie, oraz grupę przyjaciół z którymi jestem na dobre i złe jak w serialu Friends. Gdybym miała wybór bez wahania pobiegłabym ile sił w stronę wyboru takiej opcji.

Ale tak nie jest, nie mam zamiaru popadać w gdybanie albo iluzję, nie mam zamiaru więcej wypełniać się chwilową iluzoryczną radością w postaci pułapek seriali, jedzenia, gier komputerowych, sprzątania szafy wiecznie od nowa. Jestem tu i teraz i mam zamiar codziennie udowadniać sobie że jestem dla siebie najlepszą przyjaciółką. Nie muszę na nic czekać, nie muszę czekać aż się nią stanę. Jestem tu i teraz. Jestem bo na to zasługuje i jestem tego WIĘCEJ NIŻ WARTA. Jestem tu, wszystko będzie dobrze.”

Udowodniłaś i to bardzo ❤ Dziękuję Ci kochanie, za Twoją przyjaźń ❤ Dzisiaj widzę, że byłaś moją Kwietniową Jutrzenką. Byłaś jasnością poprzedzającą ukazanie się słońca na horyzoncie ❤ Dziękuję ❤

Bądźmy swoimi wybawcami.

M.K.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: