Boom

Dlaczego siadam do pisania. Dlatego, że moich treści nie znajdziecie w żadnym podręczniku o pracy z wewnętrznym dzieckiem. Bo ja nie piszę o podstawach. Ja piszę o odcieniach, poświatach, niuansach i skutkach ubocznych tych podstaw. I to też jest ważne. Ja pragnę, rozszerzać tą całą perspektywę. Pisać tak brzydko i tak szczerze, że nikt nie będzie się bać tutaj być sobą. Dlatego to co robię nazywa się dziennikiem, bo to realne odwzorowanie mojej drogi. Pisane na surowo przemyślenia i odczucia z kubkiem kawy. Tak by każda osoba czytająca to, pracująca ze sobą widziała jakie to wszystko jest kolorowe i jednocześnie bez koloru. By nikt tutaj wokół mnie, nie bał się wychodzić poza schemat. 

Kochani. Ten kto czytał wczorajszy post wie, że ostatnio zmagam się z czasem nawet nie nastoletnim, ale dojrzałym. Wracam do momentów, kiedy miałam lat 18-23, czuję energię z tamtego czasu w swoim codziennym życiu. Co ma wewnętrzne dziecko do dorosłej dziewczyny – zapytacie. I ja nawet o tym kiedyś myślałam, brałam pod lupę. I doszłam do wniosku, że każda cząstka mnie, każdy wiek naznaczony był krzywdą wyrządzoną w dzieciństwie. Tam miało to swój początek a później nadrastało traumą. I każdy buntowniczy rok mojego dorosłego życia, każdy akt autodestrukcji wykonywany ręką dorosłego był kierowany bólem mojej małej dziewczynki. Wierzę, że wszystkie etapy zasługują na uleczenie. Jak cholera. I nie mam wątpliwości, że uleczając 21 letnią mnie, leczę za każdym razem kawałek tej malutkiej mnie. Dlatego działam. Chcę Wam opowiedzieć o tym co u mnie ostatnio. 

Otóż jak wspominałam, wychodzą mi ostatnio traumy z czasów, kiedy byłam już dojrzałą dziewczyną. Bardzo burzliwy czas. Byłam wtedy święcie przekonana o tym, że jestem złą osobą. Taką z którą nie da się żyć. Taką, która niszczy wszystko co dobre i przyjemne. Uzależnienie od alkoholu, którego nikt w domu nie zauważył przez ponad rok. Mocny spadek wagi, bulimia. To właśnie ta skrzywdzona energia wysuwa się u mnie na wierzch w ostatnim tygodniu. Wysuwa się i jest ze mną całe dnie, jak żadna inna dotychczas. Wiecie do czego doszłam? Doszłam do tego, że ona chce poczuć, że z nią da się żyć. Chce mimo swojej uporczywości, gniewności poczuć, że ktoś rozumie skąd to wszystko się bierze. I ja ją serdecznie zapraszam. Mówię – „Kochanie, bądź tu tak długo jak zechcesz. Mam nadzieję nawet, że zostaniesz już ze mną na zawsze. Zapraszam Cię, opowiedz mi wszystko. Ja biorę Ciebie całą. Ja się Tobie nie dziwię, ja rozumiem skąd to wszystko się wzięło. Masz prawo czuć wszystko co czujesz. Bardzo współczuję Ci, że musiałaś przez to wszystko przejść. Dla mnie jesteś cudownym towarzystwem. Ja wiem, jaka jesteś naprawdę. Możesz krzyczeć jeśli chcesz, lecz wiedz, że ja słyszę i rozumieć Cię i bez tego.” I kochani, robię temu przestrzeń. Akceptuję to, że budzę się w nerwach, wtedy również się tak budziłam. Daje sobie czas na rozładowanie tego. Akceptuję to, że wnerwia mnie M. lecz jako opiekun tej sytuacji przekierowuje tą energię na odkrycie tego co tak naprawdę mnie tutaj wnerwia. Jestem opiekunem, obrońcą, strażnikiem tego świętego procesu. Jest obecna w moim teraźniejszym życiu energia wyjątkowa, jedna z najbardziej zranionych, najdłużej walczących, najmocniej wściekłych i najsilniej wątpiących. I ona ma do tego wszystkiego prawo. Ja akceptuję to wszystko z czym ona przychodzi. Kocham tą energię i ja tą energię uleczę. Pragnę złączyć się z nią i zsynchronizować, ukoić fioletowym światłem. 

Ja dzisiaj wiem to, czego nie wiedziałam w tamtym czasie. Nie wiedziałam, że jako jedyna z rodziny od dziecka nie potrafiłam zignorować prawdy o naszych toksycznych relacjach. Jako jedyna, chciałam o tym rozmawiać otwarcie zadając niewygodne pytania. Pragnęłam pracować nad tym co nas boli, burząc nieświadomie ich „przyjemny czas”. Taka postawa (jak zawsze wśród ludzi zamykających się na prawdę) spotykała się z agresją. Agresją, przeinaczaniem faktów, przerzucaniem winy, piętnowaniem, odrzuceniem, wyobcowaniem, zrobieniem ze mnie przewrażliwionej a ostatecznie i chorej. Jako istota świadoma od dziecka nie rozumiałam, dlaczego jako jedyna widzę to co widzę. Z czasem uznałam, że widzę źle, że rzeczywiście musiało mi się coś w głowie poprzestawiać. Walcząc dzień w dzień z prawdziwym Ja, karciłam je każdorazowo za to, że do mnie przemawia. Najzwyczajniej w świecie, wpędzało mnie w kłopoty. Musiałam zamknąć się na siebie, zbudować mury, aby przetrwać. No i przetrwałam. Przeżyłam ten czas, skończyłam studia i wyprowadziłam się do innego miasta. I wtedy boom.

Boom, za który jestem niesamowicie wdzięczna – szczerze. Idealny czas. Idealny moment w życiu by przypomnieć sobie, kim naprawdę jestem. Moja dusza niczym najlepiej wyszkolony saper – nie marnując ani sekundy więcej niż trzeba powiedziała z uśmiechem „Nadszedł czas – rozkurwiamy ten shit” – wciskając czerwony guzik. To była tylko formalność. Moment wyczekiwany, niczym the chosen one w legendach. Moment, który musiał nadejść, który zawsze był mi pisany, moment na który podświadomie czekałam. Cała ta iluzja, całe te liche kołyszące się fundamenty mojej fałszywej osobowości roztrzaskały się w drobny pył. Owszem, przestraszyłam się wybuchu. Owszem, przeraziłam się nagością, tym że nie mam nic czym mogłabym się zasłonić, nic za czym mogłabym się schować. Wtedy do głowy przyszła mi ostatnia myśl samobójcza. Myśl ta szybko minęła, ale pozostało wywalenie na iluzję. Nie chciało mi się już dłużej udawać. Odcięłam się wtedy od toksycznej rodziny, miałam gdzieś co sobie pomyślą. Miałam gdzieś już wtedy co ktokolwiek sobie pomyśli. Natrafiłam nie bez powodu wtedy na terapię wewnętrznego dziecka w internecie, dzięki której poczułam ostatecznie, że dobrze się stało i że czas skupić się na sobie. Dzięki pracy tą metodą zrozumiałam rolę swoich dotychczasowych systemów obronnych, poczułam wdzięczność do tych murów za ochronę przez te wszystkie lata. Świadomość, że były one zbudowane przez dużo mniejsze dłonie, wytłumaczyło mi dlaczego moje dorosłe ciało dzisiaj się w nich nie mieściło i nie potrafiło w nich żyć. 

Dlatego jestem wdzięczna za ten wybuch – załamanie nerwowe, które przeszłam na przełomie grudnia/stycznia. Jestem wdzięczna za to, że moja dusza postanowiła nie marnować ani jednej chwili dłużej. Jestem bardzo wdzięczna za każdą mnie w każdym kolejnym etapie dorastania, dzięki której jestem tu gdzie jestem i piszę dla Was. Ostatnie lata życia w mieście rodzinnym niosły ze sobą największe trudy i dramaty z jakimi przyszło mi się w życiu zmierzyć. Oprócz tego, że musiałam udźwignąć to wszystko co dotychczas się działo, Mama była wtedy wyjątkowo agresywna fizycznie, do tego dochodziło poniżanie mnie na tle finansowym ze strony obojga rodziców, partner narcysta, który szantażował mnie emocjonalnie próbą samobójczą, którą ostatecznie wykonał, moje uzależnienie od alkoholu i bulimia. Dlatego mam do tamtej siebie ogromny szacunek. Ona przetrwała tak wiele. Bez tej – łapiącej się ostatniej deski ratunki byle wytrzymać jeszcze trochę – mnie, prawdopodobnie nie dotrwałabym do dzisiaj. Każde jedno wkurwienie, każde odchylenie, zwątpienie – jest w jej przypadku zrozumiałe. Dlatego mobilizuję się na całego dla niej, dla niej również dedykuję ten tekst. Chce by wiedziała, jak bardzo wdzięczna jej jestem. Zawdzięczam jej życie. I nie poddam się, nie zirytuje, nie odpuszczę. Będę silna, wytrwała dla niej – tak jak ona dla mnie wcześniej. MK. 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: