Nie dla bełkotu

Zrywanie kontaktu z toksycznymi osobami jest ciężkie. Myślisz o tym, że robisz coś niegrzecznego, raniącego i ogólnie postrzeganego jako kontrowersyjne. Jednak to nie byłoby konieczne, gdyby osoba którą odcinasz pomyślała podczas ranienia Cię w podobny sposób. Niesie to za sobą wiele trudnych, nieoczywistych decyzji. Zrywasz kontakt, ponieważ ktoś uniemożliwia Ci oddychanie. Uniemożliwia Ci bycie sobą. Nie uznaje krzywdy którą Ci zadał – i zadaje ją ciągle na nowo. Nic do niego nie dociera, prośby, błagania, tłumaczenia, krzyki. Osoba ta nie chce uszanować Twoich granic, jest głucha na Twoje ostrzeżenia. Osoba ta przerzuca na Ciebie odpowiedzialność za swoje emocje, rozwiązanie swoich problemów. Żąda posłuszeństwa, poddaństwa. Żąda ona od Ciebie traktowania, którego sama nigdy Ci nie okazuje. Osoba od której się odcinasz notorycznie ciągnie Cię w dół. W dół rozpaczy, gniewu, rozżalenia, bezsilności, poczucia winy, wstydu. W dół tak ciemny i przerażający, że nie radzisz sobie i zamykasz się na wszystko – nawet na siebie samego. Nie wiesz na swój temat nic. Jedyną rzeczą z jaką musisz się notorycznie mierzyć jest humor i temperament tej toksycznej osoby. Całą energię poświęcasz na to by jej nie wkurwić (co jest niemożliwe) albo by ją udobruchać (co również jest bezsensu). W końcu orientujesz się (i to jest cud), że to nigdy nie chodziło o Ciebie i uwalniasz się. U mnie taką osobą była moja Mama. Gdy ją procesuje krzyczę tak bardzo, że aż chce mi się wymiotować. Wiecie o Mamie wiele, dużo o niej piszę. Dzisiaj chcę opisać Wam coś innego, nie skupiać się na niej. Oprócz Mamy był też Tata, brat i siostra. Tata również został przeze mnie odcięty z uwagi na szantaż emocjonalny jaki stosował, zamykanie mi ust i brak uszanowania moich granic. Z moim rodzeństwem mam kontakt. Na całej naszej trójce toksyczni rodzice odcisnęli potężne piętno. Każdy radził sobie jak potrafił, na różne sposoby. Każdy z nas odgrywał przez te lata swoje role, na które przez ostatni rok patrzyłam w postaci narysowanych i objaśnionych schematów w książkach psychologicznych. Ja o mnie wkurwiało, że wszystko pasuje idealnie. Jakby moja rodzina przerzucona była na kartkę papieru i połączona kreskami. Brat jest pod moją baczną obserwacją. Jest typem narcyza z dużym nakładem tłumionego gniewu. W etapie dorastania „trzymaliśmy się razem” – jak miał momenty. Dzisiaj jest pogubionym człowiekiem, o radykalnych poglądach, który nie chce żadnej pomocy. Grunt nie jest stabilny. Mam w stosunku do niego duże współczucie, aczkolwiek muszę uważać ponieważ ma problemy z samokontrolą. Zadał mi w życiu sporo emocjonalnych ciosów, których się nie spodziewałam. Spotykamy się rzadko, 4-5 razy do roku i jest to dla nas idealny układ. Ja wiem, że jego problemy wynikają z jego tłumionych emocji które nagromadzone wybuchają, lecz on nie chce się nimi zajmować. Nie zmuszam go oczywiście, ale dopóki nie upora się z emocjami, będę ostrożna dla swojego dobra. Obecnie nie ma zgrzytów, szanuje on moje granice i obecne zmiany jakie wprowadziłam w życie. Ja nie wtrącam się w jego zmiany, on w moje – oboje sobie dopingujemy, dzwonimy do siebie od czasu do czasu i życzymy sobie szczerze jak najlepiej. Na ten moment, odpowiada mi to i jest to zgodne z moim JA. I teraz siostra. Siostra zawsze była prawą ręką Mamy. Wiele, wiele przeokropnych ran w życiu mi zadała. Odkąd pamiętam zawsze miałam w naszej relacji złamane serce. Siostra w moim procesowaniu dorobiła się osobnego i w chuj złożonego działu traumy. Ogromną traumę leczę w sobie wyłącznie w związku z jej osobą. Moja siostra jest o 3 lata starsza ode mnie. Wyprowadziła się z domu rodzinnego mniej więcej w tym samym momencie co ja do M. z domu po babci. I wtedy nastąpiła zmiana. Każda zaczęła żyć własnym życiem, każdej szło naprawdę dobrze. Aż dziwne było, że żyjemy sobie spokojnie, bez dramy, mamy dobre prace które potrafimy utrzymać, spędzamy sobie fajnie czas, podróżujemy, życie jakby zwolniło z tego całego domowego rollercoastera. Wychodząc z domu obie podejrzewam byłyśmy równie przerażone. Bałyśmy się, że staniemy się swoimi rodzicami. I może właśnie dzięki temu lękowi, świadomości że tego NA PEWNO NIE CHCEMY – uniknęłyśmy tego. Gdzieś tam można było zauważyć, że jedyne spięcia są powodowane przez rodziców. Po za nimi dogadywałyśmy się naprawdę dobrze, był taki luz, po prostu miłe życie. W styczniu, po całych tych okropnych świętach, kiedy zerwałam kontakt z rodzicami siostra zadzwoniła do mnie. Bez pretensji, pierwszy raz, wysłuchała tego co mam do powiedzenia. Wydaje mi się, że nabrała sił mieszkając daleko od Mamy. Nabrała dystansu na tyle by pierwszy raz wysłuchać moich słów swoim własnym uchem. Odczuć je swoim własnym sercem. I tak pierwszy raz, moje uczucia zostały przez nią wzięte pod uwagę, tak na serio. Uszanowała je. Miałam 27 lat i w końcu nadszedł moment, pierwszy raz w którym moja siostra wysłuchała mnie i uznała to co mówię. I wtedy powiedziała, mi coś zupełnie innego niż zawsze mówiła. Powiedziała, że mam prawo zadbać o swoje życie, o swoje szczęście, o siebie tak jak czuje. Powiedziała, że nie pozwoli na to by Mama ją na mnie nagabywała. I uwaga. Przeprosiła. Przeprosiła, za to że mnie raniła, że nie była dla mnie dobrą siostrą. Poprosiła by nie mieć do niej żalu, że starała się przetrwać, przyznała że również miewała myśli samobójcze, i że zależy jej na mnie i na relacji ze mną. Wzruszyła mnie. Przyznała również, że nie potrafi odczytywać uczuć i emocji własnych i innych. Nie dziwię się jej, ponieważ całe życie brała zdanie i uczucia Mamy za absolut, musiało być to dla niej bardzo ciężkie. Byłam pod wrażenie, nigdy nie usłyszałam od niej niczego podobnego, czegoś co biło taką świadomością, realizmem. I to doskonale rozumiałam, że była w to wszystko uwikłana, że sama była dzieckiem, że sama nosiła na sercu ciężar. Ale moi drodzy, te przeprosiny zrobiły dla mnie i w naszej relacji konieczną różnicę. Zrobiły ją dlatego, że pokazały mi że moja siostra ma świadomość tego, że zrobiła coś źle, że rozumie czego więcej nie może robić. I to było dla mnie ważne. Wzięła odpowiedzialność za swoje czyny i postanowiła nie postępować już w taki sposób. Dla mnie to była podstawa dopuszczenia jej do mojego życia. Powiedziałam, że rozumiem ją, że była tylko dzieckiem, i każdy żył tym napiętnowany tym później jako dorosły. Powiedziałam, że cieszę się, że rozumie i szanuje moją decyzję. Ta relacja od tamtego momentu rozkwita. Jest lekka. Siostra szanuje mnie a ja ją. Obie tak bardzo pragnęłyśmy zostawić ten ciężki etap za sobą i żyć, w końcu normalnie. Widzę, że ona również poczuła ulgę. Obie mieszkamy w innych miejscach, na dwóch krańcach jednego województwa. Ale odwiedzamy się średnio raz na półtora miesiąca, ja zostałam matką chrzestną jej pierwszego dziecka. Gdy jestem, pomagam jej przy dziecku. Zapewniam ją, że może na mnie liczyć. W tamtym miesiącu moja siostra pierwszy raz w życiu zwierzyła mi się z rozterki. Wczoraj wraz z mężem zadzwonili do mnie i w bardzo miły sposób zapytali czy mogą spędzić u mnie i M. wakacje. Powiedzieli, że u mnie zawsze było tak przyjemnie i marzy im się odpoczynek w naszym domu. Zgodziłam się. Świadomie wpuszczam ją do mojego domu, poszerzam tą granicę, która od czasów świąt była postawiona na całą moją rodzinę. Tak bardzo moja gościna nie była wcześniej szanowana, że postanowiłam że teraz albo ktoś na nią zasłuży albo nie będzie przeze mnie goszczony. I moja siostra zasłużyła bardzo. Z chęcią zgodziłam się na wizytę Jej, jej męża i mojej cudownej malutkiej chrześniaczki. Bardzo się ucieszyłam. Jeszcze rok temu nie pomyślałabym, że moja siostra i ja dobrowolnie będziemy spędzać ze sobą wspólnie czas. Między nami zawsze było napięcie, piętno od Mamy i Taty, które teraz zniknęło. Odsunęłyśmy to na bok, postanowiłyśmy żyć po swojemu, budować zdrową relację. Odkrywamy się jako siostry na nowo, szanując siebie nawzajem. Bardzo się cieszę, na pierwsze (tak naprawdę) prawdziwe wspólne wakacje. I żeby było jasne. Do każdego członka swojej rodziny, do każdego oprawcy czuje ogromne współczucie. Ogromne współczucie do traum, ran, ciemności którą w sobie nosi. Jestem świadoma, że osoby raniące są osobami zranionymi. Rozumiem, że każda z tych osób nosiła w sobie niewyobrażalne cierpienie. Mam do tego wielkie współczucie i życzę im ukojenia. Jednak samoopieka polega na tym, że pomimo tego współczucia ja nie mogę brać na siebie odpowiedzialności za czyjeś uczucia. Nie mogę brać odpowiedzialności za czyjeś słowa, decyzje, porażki. Nie mogę być czyjąś tarczą, ściekiem na niedokończone sprawy, niewyjaśnione pytania, nieprzeżyte emocje, niesprawiedliwości losu. Bo wtedy nie starczy mi sił na to by przeżyć własne, by poradzić sobie z własnymi sprawami, by zadbać o siebie świadomie. Ja doskonale rozumiem, że w życiu może się wszystko popieprzyć i naprawdę poplątać. Rozumiem, że człowiek może powiedzieć o wiele za dużo, zrobić rzeczy których potem żałuje. Każdy popełnia błędy. Te błędy są nawet potrzebne. Ale człowieku, jeśli nie wyciągasz z tych błędów lekcji, jeśli nie chcesz ich widzieć, nie chcesz otwierać swojemu posłańcowi z wiadomością – to Twój wybór – jednak nie kieruj go do moich drzwi. Ja nie mówię jego językiem, jedyne co usłyszę to bełkot i hałas. A na zaburzanie mojej ciszy – więcej się nie zgodzę. MK

One thought on “Nie dla bełkotu

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: