Piorun świadomości

Nie pisałam od 6 dni. Nie dlatego, że nie czułam by pisać. Czułam zbyt dużo, zbyt mocno. Każda cząstka mnie musiała skupić się by przetrwać ten ciężki czas. Czas rozpaczy, chaosu, trudnych wspomnień, bólu tak cholernie mocnego, że upadłam. Poszłam po pomoc w piątek. Sesja indywidualna u mojej kochanej przewodniczki. Cała zapłakana wyrzuciłam z siebie to co mnie bolało. Bolało mnie chyba wszystko na raz. Borykałam się z bardzo ciężką emocją. Nie chciałam żyć. Jestem dumna bardzo, że potrafiłam stanąć z boku, nie zatopić się w tym tylko iść po pomoc. Cierpienie zalewało mnie ale zadbałam o siebie. Miałam świadomość, która pomogła mi ocenić sytuację, i mimo że nie znałam odpowiedzi na własne pytania wiedziałam co muszę zrobić. Zaopiekowałam się sobą tak jak potrafiłam. W czwartek rano stanęłam przed dylematem. Wycieńczona już kilkudniowym wahaniem nastrojów i ostatecznie kolejnym załamaniem (spowodowanym byciem w procesie, uzdrawianiem bardzo trudnych traum) miałam dwa wyjścia : przeczekać i próbować samej to rozpracować lub zarezerwować sobie termin na sesji indywidualnej. Na kursie, na który uczęszczam od początku czerwca nauczyłam się pewnej świetnej metody, która pomaga podjąć trudne dla nas decyzje. Stojąc przed dylematem staramy się poczuć, która decyzja wynika z miłości i troski a która z lęku. Ważne, żeby to poczuć – nie próbować ogarniać tego samą głową. I u mnie po chwili było już jasne. Bardzo się bałam. Bałam się w to zajrzeć. Nie radziłam sobie, chciałam jechać do domu i zakryć głowę kołdrą. Po drodze chwycić za karton lodów, aby brzuch mnie rozbolał bardziej niż serce. Wszystko by odciągnąć uwagę. Pomimo prób procesowania, samotroski – nie udawało mi się, a lęk rósł i rósł. Presja rosła i rosła. Czułam się coraz gorszym opiekunem mojego WD, w kółko słysząc od niego pytanie: „Po co ja żyje?”. Kocham to dziecko, kocham siebie a nie potrafiłam sobie odpowiedzieć. Nie wiedziałam. Bardzo cierpiałam. Odciąganie sprawy jedynie osłabiałoby mnie coraz bardziej. Próbowałam już z tydzień sama i nie udawało się tak bardzo a mój stan pogarszał się z dnia na dzień. Po chwili pracy z metodą rozpoznania było już dla mnie jasne, że decyzja o przeczekaniu sprawy wynikałaby z lęku. Przyjrzałam się tej drugiej opcji, i praktycznie od razu poczułam, że wynika ona z miłości i troski. Bo ja widziałam, że się męczę, widziałam, że stoję pod ścianą. Martwiłam się o siebie, o swoje WD – widziałam, że w całej tej sytuacji jest zgrzyt. W tym wszystkim nie chodziło o to, że muszę przejąć kontrolę, postarać się bardziej, bo ja nie zatapiałam się w emocjach mojego WD. Problem był w tym, że ja dorosła nie wiedziałam co mu powiedzieć, jak go uleczyć. Nie znałam odpowiedzi na jego pytanie egzystencjalne. Dlatego, nie mogąc mu odpowiedzieć, nie mogłam uwolnić tych emocji – więc stanęłam w impasie. Ból nie mijał a ja naturalnie stawałam się coraz słabsza. Metoda rozpoznania źródła z którego wynikały opcje wyboru – pomogła mi podjąć właściwą decyzję. Wybrałam miłość. Wybrałam troskę. Wybrałam sesję. Udało się i już następnego dnia w piątek miałam termin.

Wydaje mi się, że już w pierwszej minucie piątkowego połączenia wideo polały się u mnie łzy. „Ja tak bardzo nie wiem po co żyję” – szlochałam. Opowiedziałam o swoich trudnościach, o pytaniu o sens życia które tak bardzo mnie męczyło. „Nie mogę oddychać!”, „Nie umiem żyć dla słoneczka czy śpiewu ptaków” – ironizowałam. „Czuję się taka pusta w środku”, „Gdybym zniknęła, nic by się nie zmieniło, nikt by nie zauważył”, „Życie sprawia mi ból, oddychanie sprawia mi ból”, „Nie wiem po co wstaję rano z łóżka”. I wiele innych zdań pełnych rozpaczy wypowiadanych przez płacz i ściśnięte zęby. Otrzymałam od mojej duchowej przewodniczki ogrom wsparcia, uznania, empatii. Poczułam się bezpiecznie w całym tym chaosie. Czytałam gdzieś, że w poczuciu bezpieczeństwa widzimy więcej. Mamy odwagę otworzyć „szerzej oczy”. Terapia stała się moim czasem. Bezpiecznym otoczeniem. Mimo, że wszystko odbywało się online, ja czułam się całkowicie zaopiekowana. Miałam wsparcie. Nie byłam sama. Cały ten wypłakiwany chaos dzięki odpowiednio zadawanym mi pytaniom przybrał kształt i formę. Powtarzałam ciągle i ciągle, że boli mnie życie i że nie wiem po co żyje, moje WD nie wie po co żyje. Że aż w końcu wypadło ze mnie zdanie „Od marca do czerwca byłam tak szczęśliwa, procesowanie dawało mi tak długą ulgę, szczerze chciało mi się żyć – nie udawałam!”. I wtedy moja przewodniczka spojrzała na mnie wymownie i uśmiechnęła się. Piorun świadomości strzelił w moją głowę. „Cz-czyli kiedy jest się szczęśliwym, to po prostu się o tym nie myśli?” – uśmiech terapeutki poszerzał. Ja ruszyłam już dalej jak natchniona „Cz-czyli teraz po prostu wychodzą mi cięższe traumy, i dlatego moje WD i ja tak cierpimy. I potrzebuje uleczać się i procesować dalej swoje traumy. A ten ból egzystencjalny jest ich wynikiem a nie źródłem!?”. I wtedy już wiedziałam. „Za bardzo skupiłam się na pytaniu a to wcale nie chodziło o nie! Zapętlałam się nim tylko, odciągając swoją uwagę od źródła problemu. To był rozpraszacz którego kompletnie nie rozpoznałam!”. Moja przewodniczka wiedziała już chyba w tamtym momencie, że ogarniemy temat. Dopełniła moje odkrycie wytłumaczeniem sprawy, że dziecko nie ma w naturze zastanawiać się nad takimi rzeczami jak sens życia. Jeżeli jego równowaga jest zaburzona traumą, cierpieniem, smutkiem wtedy najzwyczajniej w świecie czuje, że życie jest ciężkie, niewygodne, niebezpieczne. I tak było w moim przypadku. W domu spotykały mnie okropne rzeczy. Życie było dla mnie nie do zniesienia. A perspektywa dorosłości zobrazowana w postaci moich rodziców czy dziadków była dla mnie delikatnie mówiąc odpychająca. W swoim mniemaniu nie miałam czego się złapać wtedy ani na co czekać w przyszłości. Nie odczuwałam w życiu praktycznie żadnych stabilnych czy długoterminowych radości przez całe swoje życie. Egzystencja była zwyczajnie trudna, codzienność przedstawiła się w moich dziecięcych oczach jako nieopłacalna, niewarta świeczki. I tą emocje otworzyłam właśnie ostatnio. Uwierzcie mi to brzmi mimo wszystko lekko, ale jest to najcięższa rzecz z jaką przyszło mi pracować. Wryło mnie zębami w beton i przygniotło jakąś toną stali. Szczęśliwe dziecko nie myśli o takich rzeczach, i ja również nie myślałam o tym od marca do czerwca. Nie myślałam wtedy o tym bo sukcesywnie uzdrawiałam w tamtym czasie moje WD. Teraz też to robię, ale na efekt muszę jeszcze trochę poczekać. Dzięki Bogu za ten czas, za te początki w procesowaniach kiedy było lżej, w których wdrożyłam się w tą pracę – dzięki temu wiem, do czego dążę, jak cudownie może być. Gdybym na własnej skórze nie poczuła przez te 3 miesiące jak harmonijnie można żyć, chyba nigdy bym nie uwierzyła. Teraz już wiem, że gdy to powróci to po pierwsze powiem „Kochanie, jebać słoneczko. Jestem tu, powiedz mi co Cię naprawdę boli”. Po czasie wydaje mi się to takie logiczne. Nieracjonalnie było dziwić się, że to dziecko pytało się po co żyje, mając w sobie tyle shitu. Niedorzecznie było skupiać się na tym, że nie cieszy się, że wstaje rano z łóżka – nikt by się nie cieszył mając w codziennej perspektywie to, co miało to dziecko. To co miałam ja. Zrozumiałam to dzięki sesji. Nie myślimy o tym, że mamy mały palec u nogi, dopóki nie zacznie nas boleć, nie?

Jeszcze nie dawno pisałam na stronie, jak cudownie jest siedzieć w ogrodzie i podziwiać zieleń trawy, i bardzo ciężko mi było z myślą, że miałam najzwyczajniej w świecie ból dupy, że żyje i oddycham. Łatwo wpaść w poczucie winy, że coś się robi nie tak czy wstydu, że coś nie wychodzi. No ale tak to niestety wygląda, tak właśnie jest z tą pracą nad sobą. To długa i ciężka droga. To jest tego wszystkiego prawdziwa twarz. Wzloty i upadki, lekcje z nich idące – to jest autentyczne. Najpierw uzdrawiamy lżejsze emocje, uwalniamy te bardziej odważne mniej stłumione traumy. Mamy szybki efekt, spektakularną ulgę – jak nigdy. Łatwo obrosnąć w oczekiwania, snucie sukcesu – zapominając o tym co najważniejsze. O nas samych. Naturalne w procesie jest to, że z czasem dochodzimy głębiej i głębiej. Do coraz to cięższych emocji, coraz mocniej wypartych i robi się trudniej. Na każdym kroku na próbę wystawiane jest nasze oddanie sprawie, oddanie sobie. Procesowanie zajmuje z czasem coraz więcej czasu, wymaga od nas coraz to większego nakładu energii, męczy nas coraz bardziej. Spokojnie, z pewnego źródła wiem, że to w końcu minie i będzie łatwiej 🙉 Jednak w momencie, w którym jesteśmy w bardzo ciężkim procesie, i dodatkowo wchodzi nam blokada i dochodzimy do takiej ściany – naprawdę nie ma co się zastanawiać, nie ma co się męczyć – warto sięgnąć po pomoc. Zrobiłyśmy na sesji proces, wyszła mi na wierzch sytuacja, powiedziałabym dobrze mi znana – którą procesowałam już wiele razy z różnych stron. I wiecie co? Pomogło, najzwyczajniej w świecie pomogło. Bo ja nie potrzebowałam, niczego nowego. Ja mam po prostu tego wszystkiego bardzo dużo w sobie, i samej było mi już ciężko. I w momencie, w którym przeszłam blokadę w głowie, w postaci pytania o sens życia – za kurtyną znajdowała się cały czas ta sama moja zraniona dziewczynka. Potrzebująca niezmiennie tego samego. Troski, obecności, wsparcia, miłości. A nie – tak jak myślałam wcześniej – odpowiedzi jaki jest sens życia i po co ona żyje. Moja głowa próbowała najzwyczajniej w świecie chronić mnie przed intensywnością moich emocji. Czując, że robię się zbyt mocno obciążona, moja głowa zadziałała automatycznie i by odwrócić moją uwagę z ciała do głowy w dobrej wierze rzuciła mi zagadkę nie do odgadnięcia. No bo kto jest w stanie zrozumieć swoim ludzkim rozumem sens życia? Jest to coś niepojętego, jest to poza naszym zasięgiem. Jednak ja byłam zmęczona, i nie zauważyłam, że kolejny raz wpadam w system obronny. Teraz wiem, że potrzebowałam odpocząć. Odpocząć i wzmocnić się. Zamiast tego, biedna głowiłam się i głowiłam oddalając się o źródła problemu. Dlatego tak idealna była pomoc w postaci sesji, osoba która nie jest przemęczona, osoba powołana do tego, która ma siłę spojrzeć na to z pełną mocą w silnikach. Dziękuje Ci bardzo jeszcze raz ❤ Już pod koniec sesji, czułam jak z ciała znika ból. Jak moje ręce i lewa strona ciała robi się ciepła i rozluźniona. Weekend spędziłam cudownie z M. i w gronie przyjaznych mi osób, które przyszły z niezapowiedzianą wizytą. Jestem wdzięczna, że mogłam cieszyć się ich towarzystwem, dobrze się bawić, odpocząć. Bardzo tego potrzebowałam.

Każdy radzi sobie jak potrafi. Dosłownie. Czasami po prostu rozsądnie jest udać się do osoby doświadczonej, takiej która przeszła swoją drogę, która rezonuje z Tobą i do której czujesz zaufanie. Uciekanie do głowy nie jest złem wcielonym. Jest to po prostu nieodpowiednie dla osób, które pragną i mają odwagę pracować z traumą. To jest system obronny, który ma na celu wstrzymać świadome odczuwanie, jednocześnie dając nam szansę by odetchnąć. Ja w styczniu postanowiłam rozpocząć pracę z cieniem, z traumą. Tym samym postanowiłam, że pragnę iść na przód, nie chcę więcej stać w miejscu czy uciekać. Rozpoczęłam wtedy pracę nad rozpoznawaniem swoich systemów obronnych. Trzeba bardzo uważnie się sobie przyglądać, to jak przeskoczenie samego siebie. Przechytrzenie własnej głowy. Należy być niezwykle uważnym na emocje i zachowania im towarzyszące, należy również obserwować jak czujemy się w dłuższej perspektywie po danym zachowaniu. Ja rozpoznaje już sporą ilość takich ucieczek do głowy, m.in. są to dysocjacje, seriale, zajadanie się bądź nie jedzenie wcale, ucieczka w internet. Teraz zauważyłam i nauczyłam się nowego systemu. Jestem bogatsza o doświadczenie, większą świadomość. Podchodzę do tego wszystkiego z szacunkiem. Nie walczę z głową jak z wrogiem. Kiedyś – to uciekanie do głowy mnie ratowało. Kiedyś – nie przetrwałabym bez tego. Dzisiaj – jestem silniejsza i z wdzięcznością postanawiam nie skorzystać z tej opcji ratunku. Pragnę wzrastać i przejąć wodze. Dzisiaj ja jestem najlepszą opcją ratunku dla siebie samej, dla mojego WD. Jestem zajebiście solidnym kołem ratunkowym z napisem „Nie mogę już dłużej bez Ciebie żyć”, przywiązanym do zajebiście mocnej liny zrobionej z bezpieczeństwa i miłości, prowadzącej do zajebiście wielkiego i wypasionego jachtu, zwanym JA. Popłynę z powrotem na stare wody ile będzie trzeba, pozbieram wszystkie moje dzieci, które wypadły po drodze za burtę. Na wszystkie czekam już z niecierpliwością i nie wyobrażam sobie płynąć dalej bez nich. A jak niespodziewanie napłynę na mieliznę – dam sygnał dymny do mojej przewodniczki by przypłynęła swoim jachtem mnie odholować. Bo wiem, że mogę. Czuję, że nie jestem sama. I to się nazywa szczęście. Z wdzięcznością. MK ✍️🌼

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: