Jedź ostrożnie

Śniłam. O podróży samochodem. Jechałam swoim czarnym peugeotem przed siebie. Było szaro buro, ale nie jakoś dramatycznie – im dalej w las tym byłam w większej pewności siebie, że dobrze jadę. Nie wiedziałam w sumie gdzie ale nie przejmowałam się tym. Mijałam lasy, dziwne osiedla, cały czas jechałam jakimiś bocznymi, nieoznakowanymi, nierównymi drogami, czasami po piachu na niewytyczonych przez pasy i asfalt drogach. Jechałam nie zastanawiając się gdzie dojadę, wiedziałam że nie to na razie jest najważniejsze. Czułam napięcie.

Mój sen miał dwie perspektywy. Siedziałam czasem z boku pasażera, widząc siebie samą jak prowadzę bijąc się z myślami, a czasami perspektywa była z oczu kierowcy skupiona na drodze i trudnościach. Siedząc z boku na miejscu pasażera miałam okazję przyjrzeć się swojej rozterce wewnętrznej. Temu jak walczę. Mogąc być zdystansowaną od drogi, mogłam na chwilę oderwać wzrok i skupić się na sobie. Patrzyłam na tą pełną pragnień i niedosytu dziewczynę, mogłam pochylić się na chwilę nad jej jak cholera trudnym losem, poczuć do siebie samej współczucie. Nie mogłam nic powiedzieć, pewnie to nie był czas na gadanie, miałam patrzeć. Będąc na miejscu kierowcy odczuwałam kompletnie inne emocje niż na miejscu pasażera. Po pierwsze w epicentrum była droga i trudności na niej, nie ja sama. Czułam na przykład intensywnie, że jadąc tą drogą w tej chwili coś mnie omija. Czułam też rozczarowanie, z drogi jaka mi przypadła. Czemu nie mogę przejeżdżać przez pięknie oświetlone starówki miast, czemu nie natrafiam na żadne zabytkowe cuda kultury albo chociaż kafejki w której mogłabym się napić kawy i odsapnąć. Moja droga mogłaby być dużo przyjemniejsza – myślałam. I fakt, droga była trudna, samochód był cały zakurzony, dodatkowo nie mogłam jechać zbyt szybko bo nie chciałam zajechać i poobijać na wybojach samochodu, wiedziałam że jest mi niezbędny i trzeba o niego dbać. Jechałam więc tak skupiona na misji i na przemian narzekałam i marzyłam, na każdym zakręcie wyglądając z nadzieją by trafić na autostradę abym mogła polecieć jak rakieta, aby droga była trochę lżejsza. Nic. Cały czas, lasy, piach, wyboje.

Wiedziałam w głębi duszy, że mam jechać do przodu. Więc jechałam. To ważne, coś mi to mówi (wewnętrzny głos?). Mam włączony gps, co chwilę sprawdzam czy działa – podświetlam ekran nerwowo upewniając się co chwilę. Nie wiem gdzie jestem, ponieważ na ekranie pojawiają się nieznane nazwy ulic i terenów, w jakimś obcym języku(chyba russian). Przecieram szlaki. Jestem chyba tutaj jako pierwsza- myślę w duszy. W końcu gdzieś dojadę – czuję, że będzie warto. Zdaje się na zmysły.Przez długi czas jeszcze tego nie czuję, więc jadę dalej. Bardzo długo. Odczuwam ten czas naprawdę powoli, kosztuje mnie to wiele wysiłku. Jednak jestem zdeterminowana i skupiona. W pewnym momencie. Wiem. Zatrzymuję się, czuję że to już. Jestem tak daleko od domu. Przeraża mnie to przez chwilę. Jednak czuję dumę, szczęście. Wysiadam z auta. Wokół mnie niczym nie wyróżniające się odludzie. Piaskowe urwisa, trochę drzew. Wiem, że dojechałam bardzo daleko, ale dalej nie mogę. Na tą chwilę to jest moja meta, nie wiem czemu, bo nie czuję się spełniona w pełni – to co czuję to przyjemną satysfakcję, jest mi dobrze. Nie trwa to długo – coś każe mi zawracać. Czuję poczucie winy, jakbym zrobiła coś nie do końca moralnego. Nie chcę zgubić tego miejsca, jest ono dla mnie takie ważne, tak trudno mi było tam dojechać. Obiecuję sobie, że wkrótce wrócę tu i pojadę dalej – wiem to. Z kieszeni wyciągam kartkę papieru z zapisaną wiadomością. Nie wiem dla kogo. Nie odczytuje wiadomości. Kładę ją jedynie na ziemi, wsiadam do auta i zawracam.

Pojechałam z powrotem prosto do domu mojej Mamy. Coś wewnątrz mnie kazało mi tam jechać. Droga w jedną stronę trwała długie godziny, jednak powrót trwał dla mnie chwilę. Chwila i byłam. Jakbym była niedaleko (spiralna budowa świadomości?). Weszłam do domu, minęłam swoją Mamę, nie do niej tu przyszłam, nie dla niej wróciłam. Podeszłam do mojej siostry i powiedziałam jej, że już jestem. Jestem tu, wróciłam do Ciebie Karolina. Zrobiłam to. Dojechałam do tego miejsca i na własnej skórze sprawdziłam, że to mi pomogło. Proszę, weź to. To gotowy drogowskaz. To jest moja droga do szczęścia, którą z całego serca pragnę Ci przekazać. Zapisałam ją tutaj. Podałam jej swój gps z zapisaną trasą.
Siostra nie patrząc nawet na niego, odpowiedziała nie pocieszona „Wiem gdzie to jest, każdy to wie, to banał, ale to aż 40 minut stąd, to bardzo daleko, nie wiem czy będzie mi się chciało jechać”. Patrzę na nią ze zdziwieniem : Jak nie będzie się chciało?! Jaki banał?! Jakie 40 minut?! Patrzę rozbita na mój gps który pokazuje 12 godzin do celu najbardziej skomplikowaną trasą jaką widziałam. Moja siostra wyszła z pokoju mówiąc, że jest zajęta i nie ma na to czasu. Mój sen zakończył się momentem, w którym usiadłam na rogu kanapy, przeżywając swoją nieudaną próbę, grzebiąc ostatnią nadzieję na to, że podróż mojej siostry zależy choć w najmniejszym stopniu ode mnie. Godząc się, że ona zwyczajnie tego nie chce. Obudziłam się z myślą, że kartka którą pozostawiłam na ziemi w tamtym miejscu w lesie była dla niej, i że gdzieś jeszcze wewnątrz siebie miałam raniącą i wstrzymującą mnie nadzieję, że na jakimś etapie naszego życia, naszej drogi, będę w stanie sprawić, powiedzieć coś odpowiednio dosadnie i zrozumiale, że – ja i moja siostra spotkamy się duchowo, że poczuje się przez nią widziana i rozumiana. Jest to dla mnie kolejna boleśnie opadająca iluzja, prawda którą pragnę przyjąć i przyswoić. Emocja, którą mam zamiar uleczyć.

Kochani, ile razy zawracamy ze swojej drogi. Ile razy wstrzymujemy się przed dalszą drogą w obawie, że nasi bliscy nie zdążą nas dogonić? Ile razy pokonujemy dodatkowe kilometry tylko dlatego, żeby wykonać jakąś pracę „za kogoś”?Ja robiłam to wiele razy. Uważałam, że z uwagi na własną wrażliwość i empatię, mam obowiązek pomagać ludziom, którzy zachowywali się w swoim życiu autodestrukcyjnie. Uważałam, że na tym polega miłość. Na martwieniu się, pomocy, poświęcaniu. Wierzyłam, że gdy kogoś się kocha, to robi się wszystko by tej osobie pomóc. WSZYSTKO. Lecz dzisiaj wiem, że to nie jest prawda. Dzisiaj wiem, że to nie jest zdrowe. Wiem, że nie można pomóc osobom, które tej pomocy nie chcą. Nie można pomóc osobom się zmienić, jeśli te osoby NIE CHCĄ SIĘ ZMIENIĆ. Nie ma sposobu, na zaopiekowanie się kimś w takim stopniu, czy tak czule, że Twoja miłość do niego zastąpi jego nienawiść do samego siebie. Nie można przyjmować pokornie ciosów od bliskich, tylko dlatego że rozumie się z jakich toksycznych schematów w ich głowie to wynika. Nic to nie da, gdy pokażemy komuś prawdę – jeśli wybrał żyć w iluzji. Nic nie da pokazanie, krok po kroku co zrobić by iść do przodu, jeśli osoba nie jest zainteresowana by ruszać się z miejsca. Nie można. Próbowałam.

Dzisiejszy sen to był kolejny dar od mojej duszy. Pokazał mi jak wiele robię, dał odczuć do siebie troskę na miejscu pasażera i umożliwił zobaczenie gdzie na ten moment mam jeszcze niedokończone sprawy. Nie bez powodu mogłam się temu przyjrzeć, czuję że miało to na celu pogłębienie mojej relacji z samą sobą. Rozdzielenie na kierowcę i pasażera było bardzo uświadamiające. Mogłam zobaczyć na własne oczy swoje rozterki, wyraz twarzy, poczuć bijącą z tego szczerość. Poczuć do siebie silną empatię. I tak, gdy o tym pomyślę, o poszczególnych elementach tego snu, wszystko się zgadza. Symbolika mnie powaliła. Moja droga nigdy nie była łatwa. Brakowało w niej drogowskazów i oznaczeń. Nie miałam opiekunów, którzy pokazaliby mi dobrą drogę. Byłam sama. W styczniu tego roku przekonałam się, że nawet jeśli zostawiłam swój dom rodzinny daleko za sobą, to skutki dorastania w toksycznym otoczeniu nadal intensywnie utrudniały mi życie w dorosłości – dosłownie życie. Determinacja, skupienie, uważność na odczucia i zmysły – to są rzeczy (w śnie i są w realu), które doprowadzają mnie do ulgi, ukojenia, spokoju. Czy to w formie niekończącego procesowania, pisania brudnych listów, uczęszczania na kursy i realizację ich na nowo i na nowo. Cały czas to samo, a jednak coraz dalej, coraz lepiej, tak jak podczas drogi w śnie. Moment, w którym zawróciłam z drogi – przypomniał mi o moich rozterkach, które miały miejsce w wakacje b/r. Otóż gdy poczułam w swoim życiu ulgę, w skutek swojej ciężkiej pracy wewnętrznej – poczułam też wyrzuty sumienia. Poczułam wyrzuty sumienia, ponieważ zostawiałam coraz dalej za sobą cały ten bałagan. Bałagan, który był moim domem. Bałagan, w którym żyli bliscy, których nadal oczywiście kocham. Oddalałam się coraz bardziej. Czując się jak zdrajca, albo dezerter. Kiedy poczułam realną zmianę, poprawę – pierwszym moim odruchem była chęć/poczucie obowiązku zapiepszania w imię miłości do domu rodzinnego, chociażby boso (who cares) i wręczenie każdemu porypanemu członkowi rodziny z osobna swojego zapisanego gpsa. Oddania siebie, poświęcenie czasu, wytłumaczenie, odpowiadanie na pytania – w wierze, że tak jak ja, poczują się lepiej. Jednak moja rodzina jest zamknięta na zmiany. Więc im tego gpsa nie próbuje nawet dać. Co nie oznacza, że nie walczę z tym poczuciem, że chcę. Bo jeszcze niedawno, zastanawiałam się nad siostrą.

Z tym poczuciem, z tą skomplikowaną emocją pracuje już długo. Niech nie wskoczy tu iluzja, że sen załatwił sprawę. Rozpracowuje, rozkładam na czynniki pierwsze, odkrywam, przytulam to od długiego czasu (ok.4miechy). Wszystko. Każdego jednego członka rodziny z osobna musiałam przepracowywać osobno, z różnych stron, biorąc pod uwagę różne okoliczności, stopień zażyłości, przebyte doświadczenia, rodzaj relacji. Mama, Tata, Brat, Siostra. Hardcore. Moja dusza nigdy się nie myli, ona wie dokładnie na jakim etapie jestem. Jestem jej wdzięczna za ten cudowny i mądry przekaz. Gdzieś tam jeszcze dostrzegała okruchy złudnej nadziei dla siostry. Ta nadzieja wstrzymywała mnie i raniła. Miała rację. Rozumiem to. Rozumiem, że na tym etapie zawracałabym z coraz dalszych części siebie. Moje „auto”, również na tym cierpi. Nie mogę go zajechać, robić niepotrzebnych kilometrów, narażać się na kolizje, muszę mierzyć siły na zamiary. Co jeśli utknę w środku lasu, lub zakopie się w piasku? Czy moja siostra przyjedzie wtedy mi pomóc? Nie będzie wstanie. Bo tam, na swojej wewnętrznej drodze, będę tylko JA i to na siebie samą będę mogła liczyć. Dlatego muszę dbać o cały mój organizm = (auto/ciało) + (pasażer/świadomość). On pragnie wjechać już na autostradę, albo do jakiegoś pięknego miasta. Każda część mnie zasługuje na to, by odebrać efekty swojej pracy, aby doświadczyć zmiany. Jestem w bardzo strategicznym momencie, sama często jestem na skraju wytrzymałości i muszę zadbać przede wszystkim o swoje bezpieczeństwo. I o tym osoby wrażliwe muszą pamiętać, żeby zawsze stawiać siebie na pierwszym miejscu. Tak jak we śnie. Dla osoby zamkniętej i uśpionej duchowo – 40 minut drogi to będzie coś nie do przeskoczenia, zaczną to krytykować, bagatelizować jako coś nie wartego czasu. Dla osoby przebudzonej duchowo, szukającej swojej prawdy, nawet 12 godzin drogi i z powrotem nie jest straszne jeśli w imię wchodzi wewnętrzne powołanie. Kochani zwyczajnie szaleństwem, snajperskim strzałem w kolano byłoby planować w takim otoczeniu wspólną podróż w jednym kierunku. Ciebie – wrażliwcu kochany, będą wstrzymywać, a sobie samym nie dadzą pomóc. Bo nie chcą. Ty chcesz sobie pomóc, Ty chcesz żyć w prawdzie – więc jedź. Ostrożnie, swoim tempem, daj sobie czas – tak jak to czujesz, ale nigdy, przenigdy już nie zawracaj i nie poświęcaj samego siebie dla innych. Podejmując decyzje w imię miłości – zawsze upewnij się, że wybierasz najpierw siebie.

Kochająca i odjeżdżająca z piskiem opon, MK 🚗💨❤️

2 myśli w temacie “Jedź ostrożnie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: