Lustra, dołek i wycieranie mordki

Wychodzę z dołka. Odpoczęłam trochę, odpuściłam i jest lepiej. Bodźce coraz lepiej do mnie docierają. Zaczynam nadążać. Czuć wdzięczność z powrotem za to co mam. Zaczynam mieć siłę, powoli wracać do życia. Teraz nastąpił czas przyswojenia ostatnich dni.

Dzisiaj moja psia córka ma 4 urodziny. Mój cudowny M. pokazał mi wczoraj na wideorozmowie, że kupił jej z tej okazji prezent – zadowolony pokazał w kamerze dużego pluszaka z czerwoną kokardą przy uchu. Psina będzie wniebowzięta bo po prostu kocha pluszaki. Bardzo łapią mnie za serce takie momenty szczególnie, że jest to dość twardy typ osobowości. Pięknie jest to obserwować. Czuć niezmienną od tylu lat miłość z jego strony. To jak dba o nas, troszczy się. Wraca 3h do domu tylko dlatego, że psina ma urodziny i że chce spędzić z nami miło czas, okazać nam jak nas kocha – pomimo, że jutro z rana znowu będzie musiał wracać. Kocham go. I chciałam tutaj poruszyć pewną ważną sprawę. Zaznaczę, że kocham M. zawsze i bezwarunkowo. I może po opisach naszego związku zabrzmi to dziwnie – jednak czasami trudno mi kochać, jest to dla mnie trudne zarazem do okazania jak i rozpoznania.

Nie jest łatwo – nie dlatego, że jest M. bywa tego nie warty. On jest wart miłości za sam fakt istnienia, tak jak każdy z nas. Jedyny problem jest w tym, że mnie – samą – małą dziewczynkę, nastolatkę, młodą dorosłą – nie potrafiono zdrowo kochać. Dlatego ja mam czasami problem. Bo podejrzewam ludzi o najgorsze. Tym bardziej najbliższych, bo oni mnie najmocniej ranili. Szantaż emocjonalny, agresja słowna, pasywno-agresywna postawa – to wszystko czego doświadczałam przelewałam do swojego życia w momentach kiedy czułam się paskudnie, kiedy czułam się niekochana, nierozumiana. I zmiana tego jest bardzo trudna. Ja muszę nauczyć się zdrowo kochać.

Uczę się tego cały czas. „Tysiąc wypitych razem kaw, głupia myślałam że Cię znam”. Prawda jest taka, że dopiero od ok. roku naprawdę poznaję, widzę i czuję swojego partnera. Był moment w którym myślałam, że wiem już wszystko – moment później wszystko w życiu mi się rozpadło. Dowiedziałam się że wiem, że nic nie wiem i dopiero wtedy zaczęłam żyć na prawdę. Poznaje od stycznia czego sama potrzebuje, ale i jak być zdrową wspierającą partnerką. Uczę się tego jak oboje reagujemy, jak wyrażamy swoje emocje, jakie mamy rany. Uczę się słuchać tego co jest pod krzykiem, i tego co krzyczy za milczeniem. Ja np. reaguje najczęściej płaczem i smutnymi podsumowaniami nie zostawiając miejsca na happy ending, on za to się wścieka za trzech. Takie mamy reakcje, i odcieni tego jest mnóstwo. W weekend miałam epicentrum doła. Zbierało mi się parę dni, słabłam coraz bardziej, w poniedziałek byłam już praktycznie jak zombie. Wszystko co mówiłam do mojego M. tego niedzielnego wieczoru było pokierowane troską i miłością jednak wynikało z moich lęków (dlatego wyszło toxic). Nie chciałam tak. Nie zauważyłam kiedy między mną a M. pojawił się mur niezrozumienia i niechęć. On poczuł się niezrozumiany, pouczany. Napięcie, zbyt duże by móc cokolwiek wyjaśnić. Zamiast iść procesować, ja przyozdabiałam swoje żale w jego imię – leżąc mu na kolanach. Wywody pogłębiały się, przybierały formę spirali, kręcąc się i kręcąc w głąb od błahych wspomnień – aż w końcu docierając do mojej samotności, pustki, odrzucenia, lęku, złości. M. również się uaktywnił, jego emocje zaczęły wychodzić w postaci frustracji i gniewu. Oboje w jednym momencie staliśmy się rozgoryczeni na całą sytuację i na to, że w wieczór przed jego kolejnym wyjazdem do pracy na cały tydzień zamiast się przytulać to zrobiło się strasznie nieprzyjemnie. Mimo najlepszych chęci z każdej strony – oboje odczytywaliśmy swoje intencje negatywnie. Bardzo trudno było nam się w tym zatrzymać. Każde chciało dopiąć swego, wytłumaczyć drugiemu jego punkt widzenia, tego jak on się czuje. Padały jakieś głupie niedojrzałe teksty, przepychanki słowne, który z nas ma rację w danym temacie – jakby nasze różnice zdań miały się nawzajem powykluczać. Cała wielce dojrzała praca z emocjami i cała nauka o triggerach w tamtym momencie poszła się …. Nie było krzyków, staraliśmy się oboje mówić jasno o swoich uczuciach – jednak nie wychodziło. Po prostu. Posiedzieliśmy tak chwilę, poboczyliśmy się, położyliśmy do łóżka odwracając się do siebie plecami. W głowie pojawiały mi się myśli ile dni powinnam się do niego nie odzywać, ilu telefonów nie odebrać. I coś we mnie pękło. Wykryłam sabotażystę we własnej głowie. Zatrzymałam się w sobie na chwilę. Wyciszyłam emocje i wsłuchałam się w siebie. Nie chciałam tak zasypiać. Emocje były we mnie duże, jednak ja zdecydowałam się powiedzieć prosto z serca, będąc pewną miłości jaką mamy, będąc ufną mężczyźnie leżącego obok mnie i jego zamiarom : „Kochamy się najmocniej na świecie, strasznie głupio jest marnować ten czas który mamy ze sobą, oboje chcemy dla siebie jak najlepiej”. Zwyczajnie. On to podłapał, i temat poszedł sam. I jakoś tak krok po kroku, odstawiając własne sprawy do uleczenia na bok, zostawiając to co dotyczy naszego związku i nas jako pary, zapewniając się o swoich uczuciach do siebie nawzajem – zasnęliśmy w zgodzie.

Moje załamanie było nieuniknione, jednak ta sprzeczka nie była jego ani powodem ani pogłębieniem. Ta sprzeczka była jedynie skutkiem ubocznym mojego samopoczucia, którego mogłam sobie i jemu oszczędzić – i postaram się to zrobić następnym razem. Lekcja z tego jest jasna. Nawet nie że nie wypada, ale niesamowicie nieskutecznym jest wycierać sobie „mordkę” innymi osobami. To po prostu nie działa, a jeszcze potrafi napaskudzić w relacjach. Moje rany pochodzą z czasów kiedy jeszcze M. nie było ze mną. I to właśnie te rany mnie tego dnia bolały, nie żadne świeże, tylko te dawne. Najlepiej dla mnie byłoby gdybym poszła w ustronne miejsce, i przeprocesowała ten ból który mnie wtedy nawiedził. M. nic nie mógł mi wtedy pomóc. Z najlepszymi chęciami rozmowy z nim, które były daleko poza moimi emocjonalnymi możliwościami, naraziłam siebie i jego na przykrości. Potraktowałam go jak moi rodzice traktowali mnie i siebie samych. Jak nieświadomi swoim traum ludzie traktują całe swoje otoczenie. Nieświadomie, przytłoczona emocjami zapomniałam o wszystkich dotychczasowych naukach i wpadłam w ślepy zaułek w postaci próby przywołania dawnych konfrontacji – by tym razem odmienić bieg wydarzeń. By M. zapewnił mnie o swoich uczuciach, zrobił coś co zapełni tą pustkę we mnie. I tak jak siebie i Was kocham, tak z czułością i pewnością mogę pewnie powiedzieć : Kochani, to nigdy się nie udaje. Nikt oprócz nas samych nie jest w stanie wyleczyć tych ran, odmienić biegu wydarzeń, zapełnić tej pustki. Gdyby to było możliwe, to mój M. już dawno by to zrobił. Bo on jest naprawdę dobrym, świadomym i kochającym człowiekiem. Jednak tak to nie działa. NIC CO NA ZEWNĄTRZ NIE MA DOSTĘPU DO TEGO CO WEWNĄTRZ. 

Jesteśmy tylko ludźmi. Każdy z nas ma swoje rany. Każdy z nas ma swoje zapalniki. Każdy z nas ma swoje mechanizmy, sposoby na wyrażanie swojego cierpienia. Poza pracą własną, która wiem dobrze, jak jest absorbująca i wycieńczająca – warto pamiętać, że nie jesteśmy jedyną osobą w swoim otoczeniu, która cierpi. Nie mamy wyłączności na smutek, złość, żal, samotność. Nasze osobiste wyładowania mogą nakładać się z wyładowaniami innych osób. Nie działa tutaj zasada pierwszeństwa, zaklepania. Jesteśmy chodzącymi lustrami. Mi wybija coś co mi uświadamiasz, Tobie wybija coś co ja Tobie uświadamiam – jednak co już z tym zrobimy, czy to uleczymy, czy stłumimy, wyładujemy na kimś – zależy wyłącznie od nas samych. Jesteśmy i jednocześnie ze sobą połączeni i zupełnie wyodrębnieni w swojej podróży. Ja leżąc w tym łóżku, poczułam że szkoda mi czasu na ten bullshit. Po prostu pomyślałam o tym jakim M. dobrym jest człowiekiem. Poczułam, że robię dokładnie to co robili moi rodzice a przecież hello to ja jestem osobą, która ma szansę ten cholernie toksyczny krąg przerwać. Postanowiłam oświetlić tą sytuację swoją świadomością. I mimo, że okej – nie byłam w stanie zrobić tego od razu – to udało mi się zasnąć z M. w zgodzie. Upewniając się, że zasypiamy oboje czując się kochani i rozumiani. I jestem z tego bardzo dumna. Dążę do uleczenia, uzdrowienia, świadomości – przerwania tych wszystkich toksycznych schematów, zrobienia tego czego nie byli w stanie zrobić moi przodkowie. Moim celem jest szczęśliwa zdrowo kochająca się i wspierająca rodzina. Zaczynam od siebie i od mojego związku z partnerem jakiego wybrałam, z partnerem którego kocham. Walczę dla siebie, walczę dla M., walczę dla moich przyszłych dzieci.

Magda

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: