Atak paniki – prawdziwa historia

Odrzucenie.

Poczuj to słowo. Z czym Ci się to kojarzy… Mi z samotnością. Z wyrwanym z piersi sercem i rzuconym na podłogę. Dlaczego? Bo tak jest to uczucie zapisane w moim ciele. Gdy doświadczam odrzucenia, czuję się jak śmieć. Czuję się skrajnie. Czuję się nic nie warta. Jestem wtedy wściekła, tak wściekła, że rzygam krzykiem i płaczem.

Wiem, że masz podobnie. Nie wiem czy akurat na uczucie odrzucenia. Jednak wiem, że Ty też czasami tak masz. Dla Ciebie to piszę. Jestem prawdziwym przykładem. Przypadkiem beznadziejnym, który daje nadzieję. Może opowieść bez cenzury o procesie wyparcia, naszpikowanego pułapkami umysłu i o tym jak ostatecznie udało mi się pomóc samej sobie – pomoże również Tobie. Wierzę w to cholernie.

Jest czwartek 29 października 2020. Gotuje zupę ogórkową. Dzwoni telefon. To Tata. Kategoria : nieobecny z wyboru, emocjonalnie niedostępny jednocześnie stosujący szantaż emocjonalny, patologiczny kłamca, alkoholik, ciężka depresja – całkowicie wyparta, do 27 roku życia byłam w nim totalnie zakochana i uznawałam go za bohatera. Tak więc dzwoni. Odbieram i słyszę po pierwsze, że jest pod wpływem. Słyszę też, że mam zacząć zachowywać się normalnie, że mam jakiś problem ze sobą, że mam się nad sobą zastanowić. Słyszę, że sprawiłam zawód jemu i rodzinie. Wiem co robić – myślę. Mówię krótko i bez dyskusji, że nie będę z nim o tym dyskutować i że kończę tą rozmowę. I skończyłam. (tak by się mogło wydawać)

Tego samego wieczoru zajrzałam do swojej małej wewnętrznej dziewczynki. Rozumiała ona, że nie jest niczemu winna. Czuła, że jest pod moją opieką i że nic jej nie grozi. Przykro jej było, że Tata pije, i że jest nieszczęśliwy. Pozwoliłam jej oczywiście na ten smutek, dałam temu bezpieczną przestrzeń. Dzień się skończył, wręcz przeciwnie do tej historii.

Piątek 30 października 2020. Przyjeżdża M. dobrać swoje rzeczy na dłuższy wyjazd. Jeszcze tego samego dnia musi wrócić do Warszawy. Nie będzie go w weekend, ani przez cały następny tydzień. Uprzedza mnie o tym już tydzień wcześniej, wszystko jest zrozumiałe, ustalone ze mną, oboje smutamy na tą rozłąkę i perspektywę rozdzielenia na dłuższy czas. M. przyjeżdża, z siatami zakupów dla mnie, pełno dobrego jedzenia, słodyczy, bukiet słoneczników w ręku. Myślę, że jestem najszczęśliwszą dziewczyną na świecie. I wtedy. Gdy M. stoi w płaszczu w drzwiach chcąc się pożegnać – ja się uruchamiam. Jakby ktoś przełączył mnie pilotem. Zalewam się łzami. Wściekle wypominając jak on może mnie tak zostawiać. M. stoi blady, zamyka drzwi i dukając „P-przecież, wiesz że muszę wyjechać, rozmawialiśmy o tym, ustaliliśmy to”, „Pysia, nie płacz, co się stało”. Mój płacz dopiero się rozkręcał na ten moment. Wcale mnie nie kochasz! Czuję się tak bardzo samotna! Jak możesz tego nie widzieć! Twoja praca jest ważniejsza niż Ja! Ja wszystko bym dla Ciebie rzuciła, a TY? Tobie zależy tylko na pracy! (tak wiem, grubo). M. wkurzył się bardzo, poirytowany przysiadł z boku na kanapie. Po chwili uspokoił się. Nie jest to mężczyzna podatny na szantaż emocjonalny czy manipulacje. Jest to również typ bardzo dojrzały emocjonalnie i znający swoją wartość (stąd złość za to irracjonalne zachowanie). Spokojnie, patrząc mi w oczy zapewnił, że jestem dla niego najważniejsza. Przypomniał, że razem ze mną ustalił przebieg tego najbliższego tygodnia, za moją zgodą poumawiał się na spotkania biznesowe (to prawda), i nieodpowiedzialnie byłoby teraz wszystko odmawiać. Po czym wziął telefon do ręki i powiedział że mimo tego, jeśli mi zależy – to odwoła wszystko spotkania.

(Wtedy już czułam, że jestem w stanie : pokurwiona na maxa, że nie chodzi o niego, i najlepiej będzie jak pojedzie bo muszę zająć tym co właśnie ze mnie wyszło)

Nie kochanie, jedź. Powiedziałam ledwo, przez płacz. Nie chciałam Cię zdenerwować. Tylko jedź ostrożnie. Kocham Cię. I pojechał biedak już domyślając się, że będę procesować.

I teraz dojdziemy do sedna historii.

Zastanówmy się, co się wyżej wydarzyło. Najpierw wydawać by się mogło sukces, świetne rozbrojenie sytuacji z Tatą i telefonem. Jednak pamiętając co przeszłam, to nie mogło pójść tak gładko. Emocja nadal była wycofana, nadal nie miałam odwagi w nią spojrzeć. Jednak została ona poruszona. Stało się to, czy tego chciałam czy nie. Bomba została uzbrojona, napięcie narastało, ja uciekałam (nieświadomie cały dzień w porządki), a zegar tykał.

Jest takie powiedzenie „Czara goryczy się przelała”. To są właśnie sytuacje w których do katastrofy brakuje jedynie kropli. Jednej małej kropli. BOOM. Kropla kapnęła. Czara goryczy się przelała. Wylało się gówno, w najmniej oczekiwanym, najmniej adekwatnym, irracjonalnym w pip momencie – sprawiając, że wychodzimy na totalnych psycholi, płacząc nad jakąś pierdołą, obwiniając niewinnych, krzycząc na tych którzy są najbliżej nas albo na bezbronnych, używając przy tym mega dużych słów i mega bolesnych określeń.

Ja ocknęłam się na tej kanapie, ale mając tak silne emocje, jedynie mniej więcej czułam – powtórzę mniej więcej – że robię źle, że to nie o M. chodzi tylko o Tatę I że potrzebuję zostać sama i to rozgryźć. I to było dobre, że chciałam zostać sama. Pierwsza dobra decyzja w całej tej sytuacji. Rozpoznać, że coś jest nie tak i dać sobie czas.

Na dźwięk odjeżdżającego samochodu, poczułam jakby ktoś uderzył mnie pięścią w brzuch. Straciłam oddech, ledwo go odzyskałam. Leżałam już na ziemi płacząc histerycznie jak popierdolona. Atak paniki – rozpoznany. Muszę wyrównać oddech – to był mój jedyny cel, bo inaczej bym chyba wykitowała. Gdy się udało, doczłapałam się do kuchni. Na stole było pełno jedzenia i słodyczy. A ja dostałam kolejnego ataku paniki. Pięści zaciskałam tak mocno, że do dzisiaj czuję że zraniłam sobie dłonie paznokciami. Płakałam jak popierdolona. Znowu skupiłam się na oddechu. Kurwa, ktoś by pomyślał – o co tej wariatce chodzi. No oszalała. Chłop uzgodnił, że ma robotę i że jedzie, kupił jej jedzenie, słodycze, zadbał o nią, rozpieszcza ją – a jej odwala, co z niej za dziewczyna. Machnął by ręką, pokazał że nienormalna i by odszedł. I kochani. Ja wcześniej też bym machnęła na siebie ręką. Lecz się kurwa – pomyślałabym pełna goryczy wycierając z całego ryja (tak bym wtedy nazwała swoją twarz) rozmazany od płaczu tusz do rzęs. Nie dałabym sobie szansy. Przecież to jest popierdolone, co tu rozumieć. Skwitowałabym i skreśliłabym siebie.

Lecz nie dzisiaj. Dzisiaj wytłumaczę Wam co się stało.  

28 lat temu przyszła na świat dziewczynka. Dziewczynka była początkowo wychowywana przez Mamę i miała dwoje rodzeństwa. Mama dziewczynki miała męża, co oznacza że dziewczynka miała Tatę, lecz był ona zawsze daleko. Mama mówiła dziewczynce, że przyszła ona na świat by odmłodzić Mamusię i odświeżyć związek z Tatusiem. Dziewczynka bardzo się starała sprostać wyzwaniu. Najwcześniejszym wspomnieniem dziewczynki był obraz Mamy wpatrującej się pustymi, smutnymi oczami w okno. Dziewczynka od najmłodszych lat, chłonęła wszystkie emocje jak gąbka. Starała się przejmować na siebie ciężar który obarczał Mamę, tak by jej było lżej. Kochała rodziców z całych sił, dlatego też często była mediatorem ich kłótni na rozmowach online. Tata pojawiał się średnio co pół roku. Przywoził ze sobą siatki jedzenia i słodyczy – były to małe święta. Wizyty trwały średnio tydzień. Dziewczynka szybko nauczyła się, że tydzień dzielił się na 3 części. W pierwszej części rodzice musieli się sobą nacieszyć, ponieważ nie widzieli się długo, dzieci nie miały przeszkadzać – ale nie ma co się smucić bo w drugim tygodniu obiecany był czas sam na sam z dziećmi. Druga część polegała jednak na tym, że Tata z Mamą musieli pozałatwiać rzeczy na mieście, wszak Taty w roku nie ma, więc jest co robić i jeszcze będzie czas żeby nacieszyć się Tatą. Trzecia część oznaczała zbliżający się wyjazd Taty, i niestety był to szczególnie trudny czas dla Mamy, dlatego należało ją pocieszać. Na koniec : Było super Tato! Należało powiedzieć ukrywając małą trzęsącą się brodę, wszak rodzeństwo nie płakało i ona też nie powinna żeby nie zasmucać Mamy. Drzwi się zamykają. Szybko, biegiem do okna. Dziewczynka była sprytna, ponieważ każdy biegł na balkon a dziewczynka do pokoju obok, sama, bo może Tatę i jego samochód zasłaniało drzewo – ale za to jak odjeżdżał, to była bliżej lewej i tym samym mogła zobaczyć go najdłużej. To jej ostatniej, o tą sekundę później znikał z pola widzenia – i to zupełnie tak jakby żegnał się z nią i tylko z nią ostatnią, jakby mieli swój własny wspólny moment.

Samochód znikał z pola widzenia, a dziewczynka powtarzała w sobie słowa Taty, że to już ostatni, ale to na pewno ostatni raz, że kolejnym razem zostanie na stałe. Żyjąc dzień za dniem, kolejnym przyjazdem i wyjazdem, kolejnym załamaniem Mamy, kłamstwem Taty, kłótnią, awanturą, uderzeniem, rozczarowaniem, tęsknotą, szantażem, godzeniem rodziców, bronieniem Taty, podnoszeniem z łóżka Mamy – dziewczynka coraz bardziej wychylając się z okna, kierowała się bardziej ku dołowi a niżeli na odjeżdżający samochód. Długo, bardzo długo, żyjąc w skrajnym rozdarciu obwiniając się o własną słabość, niemoc pomocy własnej rodzinie, która ostatecznie uznała ją za powód wszystkich ich życiowych niepowodzeń.

Rozpoznać tą ranę było bardzo trudno. Po pierwsze trudno z uwagi na silne emocje jakie mnie zalały. Ten momentalny szok, załamka to może być znak, że jest to stłumiona emocja, która wychodzi na wierzch – wtedy należy się odizolować. Potrzebujecie spokoju, żeby rozgryźć o co chodzi i przy tym nie zdechnąć. Jak już przeniesiemy się w ustronne miejsce, należy skupić się na tym co w tej obecnej sytuacji najbardziej mnie zabolało. Mnie np. zabolało najbardziej to że M. wyjeżdża na dłużej i poczułam irracjonalnie, że mnie porzuca. Potem połączyłam fakty, czemu siatka słodyczy na stole dała mi takiego kopa w jaja. Połączyłam fakty i zrozumiałam, że sytuacja wyrzuciła mi ostatecznie wyjazdy Taty. Dlatego tak bolało. Wtedy mogłam działać i przeprocesować tą sytuację świadomie.

Moja dziewczynka całe życie ukrywała ten smutek. Jest w tym mistrzynią. Może pominęłam w czwartek skrywaną trzęsącą się brodę. A może było na to za wcześnie. Pewnie potrzebowałam większego kopa do podświadomości. Teraz już widzę ten ból, i czy dziwię się, że na dźwięk odjeżdżającego samochodu M. spod domu poczułam jakbym dostała pięścią w brzuch? Nie. Rozumiem to i bardzo mi przykro. Czy dziwię się, że prawie zrzygałam się z bólu gdy w kuchni na stole było pełno jedzenia? NIE, ponieważ w takiej scenerii zawsze zostawiał nas Tata, nie wracając przez pół roku, zostawiając emocjonalnie wyczerpanych, odrzuconych, samotnych, pod opieką Mamy z depresją i atakami złości. Nie, nie dziwię się, że kompletnie mi odpierdoliło. Bo to co się wczoraj stało – to była kumulacja pokurwienia praktycznie z całego mojego życia, którego nigdy wcześniej, ale to powtórzę NIGDY WCZEŚNIEJ nie miałam okazji wyrazić. Wczoraj zrobiłam to pierwszy raz. I jestem z siebie cholernie dumna, że rozpoznałam to na jakimkolwiek poziomie. Moim zadaniem teraz nie jest bycie dobrą dziewczyną. Moim zadaniem priorytetowym, bezwzględnie jest uzdrowienie siebie. Dlatego zaczynając tą drogę ja i mój partner byliśmy tego świadomi. Mój partner wyraził na to gotowość, gdyby tego nie zrobił – nie bylibyśmy razem. Byliśmy świadomi tego, że mam w sobie dużo bólu, który w końcu będzie musiał wyjść, że ja zwyczajnie otwieram puszkę pandory. Czasami zwyczajnie nie rozpozna się na czas traumy, i bomba wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. I nie jesteście wtedy dziewczyną, chłopakiem, mężem, żoną. Wy jesteście wtedy tym dzieckiem. Dzieckiem, które jest głęboko zranione i potrzebuje pomocy. I jeśli decydujecie się zaczynać tą pracę, to musicie być tego świadomi, i postawić tą pracę na pierwszym miejscu. Zadbać o odpowiednio otoczenie, odpowiednio porozmawiać z partnerem/partnerką. Przygotować się. To dziecko ma tylko Was. I tylko Wy potraficie dojść do sedna Waszej wspólnej historii, tylko Wy możecie zrozumieć dlaczego zachowujecie się irracjonalnie. Wykorzystajcie tą szansę.  

Jest 3 w nocy. O matko. Widzicie jak Was kocham. Dobranoc. MK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: